Tomasz Pieczko: Mistrzostwa świata? Byłem w jakimś ciągu

Biuro Prasowe PGE Skra Bełchatów tekst i zdjęcie

Tomasz Pieczko to kolejny reprezentant PGE Skry Bełchatów, który zdobył mistrzostwo świata z reprezentacją Polski. Był jedynym fizjoterapeutą naszej kadry i to on był odpowiedzialny za to, by zawodnicy byli w stanie grać w kolejnych meczach na najwyższym poziomie.

Mistrzostwa świata mocno dały ci w kość?
Tomasz Pieczko: – Komu, jak komu, ale chyba najbardziej zawodnikom… (śmiech). Nie ukrywam jednak, że mnie też ten turniej kosztował sporo pracy. Mieliśmy 12 meczów w przeciągu kilkudziesięciu dni, a ja byłem jedynym fizjoterapeutą naszej reprezentacji.

Najtrudniejszy moment?
– Myślę, że ostatnia faza turnieju. Kiedy polecieliśmy do Turynu, graliśmy cztery mecze pod rząd, a trzy z nich rozpoczynały się o 21.15. W takim wypadku wracaliśmy do hotelu około północy, potem kolacja i dopiero zaczynałem pracę. Kończyłem koło 2-3 w nocy, a wszystko po to, by jak najszybciej doprowadzić naszych zawodników do gotowości na następny mecz i żeby mogli bić się o to, co zdobyliśmy.

Na szczęście nie słyszeliśmy o poważniejszych kontuzjach…
– Takich stricte siatkarskich urazów, odpukać, nie było. Kilku chłopaków się jednak przeziębiło, a w takim wypadku wykazać się mógł nasz lekarz dr Jan Sokal. Wiadomo, że jakieś drobne bóle barków, kolan, przy takich przeciążeniach i ilości grania były normalne. Nie było jednak takich kontuzji, które wyeliminowałyby któregoś z graczy z normalnej dyspozycji.

W sobotę nasza kadra rozegrała morderczy, pięciosetowy mecz z USA, a w niedzielę musiała być gotowa na finał z Brazylią…
– Pracy było sporo. Nawet do tego stopnia, że nie zdążyłem spotkać się ze wszystkimi chętnymi. Siatkarze byli bardzo zmęczeni, a zanim mogłem wziąć się do pracy, była już 1 w nocy. Zdołałem popracować zaledwie z kilkoma graczami. Niektórzy zasnęli ze zmęczenia, ale na szczęście finał też graliśmy o 21.15, więc na drugi dzień było trochę czasu, by nadrobić. Jak widać, udało się i chłopaki wyszli na Brazylię jakby nie mieli w nogach tych jedenastu wcześniejszych meczów (śmiech).

Cztery lata wcześniej na mistrzostwach nie byłeś sam jako fizjoterapeuta.
– Było nas dwóch, a już w stricte mistrzowskim turnieju mieliśmy jeszcze do pomocy wolontariusza. Pracy też jednak było sporo.

To jak dałeś radę w pojedynkę?
– Jakoś się udało (śmiech). Teraz, jak tak sobie myślę, to chyba byłem w jakimś ciągu. Człowiek nie myślał o zmęczeniu, trudzie pracy, tylko po prostu byłem jak robot. Wszyscy pracowaliśmy na sukces, o którym marzyliśmy i cel, który chcieliśmy osiągnąć. I osiągnęliśmy.

Mówi się, że fizjoterapeuta jest jak psycholog, bo spędza z zawodnikami bardzo dużo czasu.
– Faktycznie, kontakt z siatkarzami mam spory, bo przecież leżą u mnie na łóżku przez kilkadziesiąt minut dziennie. Czasem, jak jesteśmy zmęczeni, to pracujemy w milczeniu i wtedy zawodnicy też odpoczywają. Odbyliśmy jednak sporo rozmów. Psychologiem może bym siebie nie nazwał, ale pogadaliśmy nie tylko o siatkówce, ale przede wszystkim codziennych sprawach: że jesteśmy bez rodzin, o tęsknocie za domem… Takie życiowe rzeczy.

Za chwilę ruszają rozgrywki ligowe. Siatkarze naszej kadry są mocno wyeksploatowani?
– Na pewno. Choć nie każdy grał we wszystkich meczach, to na pewno odczuwają zmęczenie mentalne i fizyczne jest. Każdy chce chociaż na parę dni oderwać się od siatkówki. Chociaż znając chłopaków, którzy wracają z nami do klubu, to są głodni sukcesów i dadzą z siebie wszystko również w Polskiej Lidze Siatkówki, Klubowych Mistrzostwach Świata i Lidze Mistrzów.

Które złoto smakuje lepiej: obrona czy pierwszy tytuł?
– Jeden i drugi medal kosztował mnie wiele emocji i pracy. Na pewno smakują inaczej. Oba były szokiem dla wszystkich, ale pierwsze złoto wywalczyliśmy na naszej ziemi, a podczas turnieju mieliśmy ogromne wsparcie w każdej z hal. Muszę też jednak złożyć pokłon dla kibiców, bo w Warnie czuliśmy się jak u siebie. W Turynie hala była przeogromna, a doping biało-czerwonych fanów również było słychać. Dziękujemy, że kibice zawsze są z naszą reprezentacją. A wracając do tematu, wyrwaliśmy ten medal sprzed nosa Włochom. A oni przecież liczyli na niego najbardziej i robili wszystko, by go wywalczyć. To chyba smakuje najlepiej.

Wróciłeś już do klubu…
– I jedziemy dalej z robotą (śmiech). Cieszę się, że jestem z powrotem, bo nie ukrywam, że stęskniłem się za tą atmosferą. Jest nowa energia, by dawać z siebie maksimum. Zrobię wszystko, by gracze PGE Skry byli w pełni zdrowi.

Ale wyspałeś się chociaż po powrocie z mistrzostw?
– Trochę w czwartek, bo nie było porannego treningu, choć i tak obudził mnie Robert Kaźmierczak (śmiech). Ciężko jest się przestawić z cyklu turniejowego, podczas którego chodziło się spać prawie nad ranem, a wstawało się po kilku godzinach. Czasem odsypiałem w autokarze podczas podróży na mecze czy treningi. Szukało się każdej wolnej chwili, by się zdrzemnąć, podładować akumulatory. Teraz mogę już to na spokojne unormować i wrócić do cyklu dzień-noc, by mój tryb pracy wyglądał jak należy.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*