Filipe Félix | Polacy, to gościnny naród

Biuro Prasowe Zagłębie Lubin SA tekst i zdjęcia

W Polsce pojawił się dość niespodziewanie, gdy w 2003 roku do Górnika Zabrze sprowadzał go Marek Koźmiński, wówczas powoli kończący piłkarską karierę, rozpoczynając tym samym nowy rozdział w swoim życiu. Dobre występy w naszej lidze przykuły uwagę „Miedziowych”, którzy Brazylijczyka zapragnęli mieć u siebie i tym samym w 2006 roku Felix Filipe zawitał do Lubina. Jak wspomina okres gry w Zagłębiu Lubin? Jakie były jego początki w Polsce? Jak wspomina Michała Probierza, Manuela Arboleda czy Waldemara Fornalika, których spotkał w zabrzańskiej szatni? Zapraszamy do lektury.

Do Górnika Zabrze przyjechałeś z Włoch, dokładniej z Bresci Calcio. Czym zaskoczyła Cię wówczas polska liga?

– Prawdą jest, że nie zdawałem sobie sprawy tak naprawdę jak wygląda polska piłka. Dopiero po przyjeździe tutaj i zaklimatyzowaniu się, z perspektywy czasu zobaczyłem, jak to funkcjonuje i nie ukrywam, ale musiałem zmienić swój sposób grania. Zaskoczyła mnie determinacja, jaka panowała wśród zawodników.

Wybór Polski, to dość nieoczekiwany kierunek dla byłego, młodzieżowego reprezentanta kraju? Skąd taka decyzja? Z Jakimi celami jechałeś do Polski?

– Jechałem z założeniem, że zostanę w Polsce na sześć miesięcy.  Celem było „ogranie się” w seniorskiej piłce i pokazanie szerszej publiczności. Chciałem zadebiutować w najwyższej klasie rozgrywkowej i przy okazji, zebrać cenne doświadczenie.  W planach miałem powrót do Włoch i podjęcie rywalizacji w tym kraju. Jak pokazał czas, moje plany zweryfikowało życie i mieszkam w Polsce do dziś. Oczywiście, nie żałuję podjęcia takiej decyzji.

Czy w tej transakcji pomógł menadżer?

– Tak, w tamtym okresie miałem menadżera we Włoszech. Z tego co kojarzę, to reprezentował on również interesy Marka Koźmińskiego, kiedy jeszcze grał w piłkę. Panowie dość dobrze się znali, a Marek wchodził akurat do Górnika Zabrze. Miał swój autorski pomysł na drużynę, a jednym z nich było kontraktowanie zagranicznych zawodników przy wykorzystaniu siatki kontaktów. Doszli wraz z moim menadżerem do porozumienia i finalnie przyjechałem do Polski.

Czy oprócz Ciebie do Górnika przyjechali także inni zawodnicy?

– Przyjechałem wraz z kolegą, który również grał w Polsce. Był to Galdino. Mam z nim kontakt do dnia dzisiejszego. Bardzo dobrze się kolegujemy, a znamy się już około 20 lat. Poznaliśmy się z Brazylii, aktualnie mieszka w Niemczech i to tam ułożył sobie życie.

A później dojechali kolejni – była kolonia brazylijska w Zabrzu?

Na początku byliśmy tylko we dwójkę. Po jakimś czasie dojechał do nas Rambo, który już niestety nie żyję, ponieważ zginął w wypadku. Hernani, to zawodnik znany w polskiej piłce, mieszka tu nadal z rodziną. Był jeszcze Joao Paulo, który po przygodzie w Zabrzu zagrał jeszcze dla Cracovii.

Było coś, czego się nie spodziewałeś się przed przyjazdem?

– Na pewno jest różnica pod względem kulturowym. W Polsce sposób życia jest całkiem inny. Weźmy na przykład posiłki. Te w waszym kraju, znacznie się różniły się od włoskich. Kuchnia włoska to makarony, pasty, sałatki. W Polsce je się „ciężej”. Inna sprawa, we Włoszech kolacja jest głównym posiłkiem w ciągu dnia, a w Polsce taką rolę odgrywa obiad.

Z różnic w zachowaniu wyszczególniłbym podejście do czasu. We Włoszech, wiadomo, jest większy luz. Tutaj zaś wszyscy się śpieszą.

Jakie masz pierwsze wspomnienia z tamtego okresu? Zmiana pogody mocno Cię zaskoczyła?

Gdy przyjechałem do Polski było lato, więc nic nie przeszkadzało, wszystko było w porządku. Trochę gorzej można powiedzieć było, gdy zbliżał się listopad, czy grudzień… trzeba było grać na boisku, a w praktyce błocie. Jak już przyszedł śnieg, to  nawet nie chce sobie przypominać tych czasów (śmiech). W Polsce wszystko było dla mnie nowością.

Pamiętasz swój debiut w Ekstraklasie? Był stres? Czy może trener coś szczególnego powiedział w szatni?

– Jasne! Graliśmy u siebie, w Zabrzu, z Legią Warszawa i mecz zakończył się remisem 2:2. Byłem młodym zawodnikiem, miałem zaledwie osiemnaście lat i na dzień dobry mecz z Legią… Pamiętam był trochę stres, choć na tą chwile długo czekałem i spodziewałem się, że w końcu moja szansa przyjdzie. Musiałem być na to gotowy, mimo młodego wieku. Pamiętam, że w naszej drużynie było dość dużo kontuzji i kartek w meczu, więc dostałem szanse na grę. Pierwsze dziesięć minut stres, ale później robiłem swoje. Po tym meczu zyskałem zaufanie u trenera i grałem już cały czas. Trener Fornalik powiedział mi przed meczem, żebym był bardzo skoncentrowany, bo zdawał sobie sprawę, że w tym spotkaniu może być różnie. Byłem gotowy na grę, a podczas tej rywalizacji, jak już wspomniałem, zyskałem zaufanie u trenera. Pamiętam, że prowadziliśmy, potem było 2:1 dla Nas i w ostatniej minucie Legia doprowadziła do remisu. Szkoda.

W bramce ówczesnego Górnika był wówczas Piotr Lech, w obronie Michał Probierz – charakterni zawodnicy. Zebrałeś od nich trochę krytyki, czy raczej pomagali?

– Z Michałem Probierzem było na prawdę w porządku. Oczywiście, spotkałem się też z krytyką, ale to było motywujące. Nie ukrywam, że był bardzo charakternym zawodnikiem. Ci zawodnicy byli ode mnie sporo starsi, mieli bagaż pełen doświadczenia, a ja miałem zaledwie osiemnaście lat. Jeżeli chodzi o całą drużynę, to tak naprawdę mieliśmy większość doświadczonych piłkarzy, m.in. Bukalski, Moskal, Probierz, Lech, Popiela, Sikora, Koźmiński, więc można stwierdzić, że cała drużyna miała mocny charakter.

 Co było powodem zmiany klubu, z Górnika Zabrze na Zagłębie?

– Do Lubina trafiłem po świetnej poprzedniej rundzie w ich wykonaniu. W tamtym okresie Górnik miał trudną sytuację. Zagłębie zaproponowało mi współpracę, a ja chciałem spróbować swoich sił i pomóc klubowi. Po około trzech latach w Zabrzu, przeprowadziłem się do Lubina. To była dobra decyzja.

Jak to wyglądało w kuluarach? Wiedziałeś o zainteresowaniu? Konsultowałeś z kimś przejście do Zagłębia?

– Prawdą jest, że nie wiedziałem za bardzo o zainteresowaniu swoją osobą. Pamiętam, że był telefon od kogoś z zarządu, a ja wtedy wróciłem z Brazylii, bo właśnie byłem na wakacjach. Dojechałem do Zabrza, dostałem informację, że mam się udać do Lubina na rozmowę. Zanim pojechałem, odbyłem jeszcze rozmowę w Górniku. Po dwóch i pół roku grania w Zabrzu postanowiłem zmienić drużynę. Wtedy, to już nie było to samo co na początku. Byłem jedynym Brazylijczykiem w klubie. Górnik miał aktualnie problemy i nie wiedziano co dalej będzie. Jednak trafiłem do Lubina, z czego się bardzo cieszę, to była rozsądna decyzja dla obu stron.

Okres przygotowawczy w Zagłębiu przechodziłeś na przełomie 2005/2006 – czy różnił się od tego, co było w Górniku?

– W Górniku z Motyką nie zdążyłem odbyć przygotowania. Zrobiłem pół roku wcześniej z Wernerem Liczka w Zabrzu. Jeżeli chodzi o tego szkoleniowca i trenera Smudę, to u obu Panów intensywność była bardzo wysoka. Patrząc zaś na trenera Smudę, a Motykę, to różnica już była zarówno w intensywności jak i motywacji.

Swój pierwszy mecz dla Zagłębia grałeś przeciwko..

– Lechowi Poznań! Oczywiście, pamiętam ten mecz. Zagraliśmy dobre spotkanie, było ciężko, ale udało nam się wywieźć z Poznania trzy punkty. Wygraliśmy wtedy 1:0, a bramkę dla Zagłębia strzelił Michał Chałbiński. Fajne uczucie było wygrać z Lechem na ich stadionie.

W obronie grałeś z duetem Stasiak – Arboleda. Był czas, aby się zgrać? Pomagali ustawiać się na boisku?

-Tak! Choć więcej grałem obok Arboledy. Bardzo dobrze się dogadywaliśmy. Łatwo się grało, obok takiego obrońcy.

Na Ciebie zaś grał doświadczony Reiss – jak to wspominasz?

– Naprawdę dobrze, Reiss to mądry zawodnik. Osobiście nie miałem okazji go poznać, ale cały czas musiałem na niego uważać.

Jak wspominasz czasy, w których zdobywałeś Mistrzostwo Polski z Zagłębiem?

– To był niesamowity okres dla całego Zagłębia. Nie było łatwo. Bardzo intensywnie przygotowywaliśmy się do tego spotkania. Jako drużyna rozegraliśmy świetny sezon. Rok wcześniej kończyliśmy sezon na trzecim miejscu w tabeli, więc wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie ugrać jeszcze więcej. Dopięliśmy swego i zostaliśmy Mistrzami Polski!

W takim razie w jaki sposób radziliście sobie ze stresem? Oczekiwania rosły z każdym spotkaniem.

– Ze stresem zawsze był problem przed meczem i na samym początku, przez około pięć minut. Później się o tym zapominało i robiło swoje.

Byłeś bardzo ciepło odbierany przez młodsze pokolenie, chodziłeś między innymi na pasowania uczniów. Czy już wtedy myślałeś o tym, aby po karierze trenować dzieciaki?

– Zawsze miałem fajne podejście do młodszych. W tamtych czasach jeszcze nie myślałem o trenowaniu dzieciaków. Teraz spędzam z nimi sporo czasu, jest bardzo przyjemnie.

Dlaczego pod koniec kariery w Zagłębiu grałeś mniej?

– Taką decyzję podjął trener, ja musiałem ją uszanować. Zagrałem mecz, w którym pośliznąłem się. Konsekwencją tej sytuacji była strata bramki przez nasz zespół, o co szkoleniowiec miał pretensję. Mimo, że to nie była ewidentnie moja wina, trener uznał, że nie zasługuje na kolejną szansę.

Inna sprawa – mój tato miał wówczas problemy zdrowotne, a mieszkał w Brazylii. Mocno się zaangażowałem i przejąłem sytuacją, to był na pewno drugi czynnik, który wpłynął na brak formy. Szkoda, bo mimo mojego młodego wieku wtedy mogłem wiele osiągnąć. Miałem potencjał, aby pokazać coś więcej. W Lubinie byłem jednak sam, nie miałem wsparcia, a trener odstawił mnie na bok. No cóż… czasami tak jest.

Dołożyłeś cegiełkę do Mistrzostwa Polski, nie było Ci szkoda opuszczać Lubina?

– Oczywiście, że było szkoda! To była dla mnie trudna decyzja. Chciałem zostać w Lubinie, bo naprawdę czułem się tu bardzo dobrze. Planowałem grać dalej, ale niestety, nie byłem już brany pod uwagę. W tym czasie dostawałem propozycję z innych klubów, ale klub z różnych powodów nie wyrażał zgodę na transfer.

Co do sezonu mistrzowskiego, to można powiedzieć, że całą pierwszą rundę grałem. Dopiero w drugiej części wypadłem ze składu. Cieszy mnie jednak to, że mimo wszystko, jakąś cegiełkę do tego sukcesu dołożyłem.

Pamiętasz jeszcze, gdzie mieszkałeś podczas pobytu w Lubinie?

– Ulicy dokładnie już nie pamiętam, bo to było dobrych parę lat temu. Kojarzę restaurację Oberża, ponieważ była blisko mojego miejsca zamieszkania. Miałem do niej jakieś trzysta metrów. Pamiętam również charakterystyczny wiadukt tzw. Żółty Most.

Miałem dobrą lokalizację. Plusem było to, że miałem niedaleko do klubu.

Kto w tamtych czasach był największym żartownisiem w szatni?

– Łukasz Mierzejewski był główną postacią w szatni, odpowiadającą za podtrzymywanie atmosfery. Lubił żartować, a przy tym to bardzo pozytywna osoba. Zawsze robił zamieszanie, w dobrym słowa znaczeniu. Jest teraz co wspominać

Z kim najlepiej w szatni się dogadywałeś?

– Miałem dobry kontakt z większością zawodników. Gdybym miał wskazać konkretnych, to na pewno byliby to Manuel Arboleda i Renan Bloise, który podczas grania w Zagłębiu złamał sobie nogę.

Czy ten Renan faktycznie był zawodnikiem dużego formatu? Po kontuzji już się nie podniósł.

– Według mnie, to bardzo dobry zawodnik, zagrał w mocnym roczniku w Flamego z Rio de Janeiro. Po kontuzji ciągle kulał, dopiero po powrocie do Brazylii ponownie zaczął grać.

Grałeś także z Łukaszem Piszczkiem. Czy rzeczywiście zapowiadał się na tak klasowego piłkarza?

– Łukasz był i dalej jest bardzo ambitny. Pamiętam, że zawsze pracował na treningach bardzo mocno. Cechuje go szybkość i wytrzymałość, więc kondycyjnie jest piłkarzem o wysokich predyspozycjach. W tamtym okresie graliśmy razem na jednej stronie. On lewa pomoc, a ja lewa obrona. Z tego co pamiętam, dopiero później zaczął grać w ataku, gdy Dawid Plizga doznał kontuzji. Wówczas to Piszczek wykorzystał swoją szansę. Osiągnął świetną formę i wskoczył w jego miejsce.

Jakbyś miał wskazać zawodnika, który się szczególnie wyróżniał, to byłby nim?

– Myślę, że wskazałbym na Szymona Pawłowskiego. Naprawdę dobry i wyróżniający się na tle innych piłkarz. Posiadał dobrą technikę, szeroki wachlarz zwodów, a do tego był bardzo szybki i precyzyjny.  Jako młody zawodnik walczył na pozycji z doświadczonym Wojtkiem Łobodzińskim – notabene według mnie również dobrym zawodnikiem.

Kto w tamtym okresie trzymał szatnię Zagłębia?

– Myślę, że Andrzej Szczypkowski, jako kapitan miał takie zadanie.

A czy w samym Lubinie miałeś swoje ulubione miejsca?

– Grając w Zagłębiu większość czasu wolnego spędzałem w domu. Czasem lubiłem wyjść do pizzerii, której nazwy już nie pamiętam, ale była niedaleko ronda. Nie było jeszcze wtedy galerii (śmiech).

Czy utrzymujesz kontakt z kimś z dawnych czasów?

– Bardziej kontaktujemy się internetowo właśnie z Arboledą lub Renanem. Jeżeli chodzi o Polaków, to rozmawiamy, gdy się widzimy na żywo. Arboleda aktualnie prowadzi biznes u siebie w Kolumbii, natomiast Renan działa we Flamengo. W tej samej drużynie, która w 2019 roku była najlepsza w Ameryce.

Czy jest coś, czego żałujesz z czasów pobytu w Lubinie?

– Tak. Żałuję, że nie zostałem tutaj na dłużej. Na pewno jeśli potrafiłbym mówić po polsku tak dobrze jak teraz i bez problemu bym się dogadywał, to grałbym znacznie dłużej.

Ostatecznie przeniosłeś się do Odry Opole. Co zadecydowało o zmianie klubu?

– Do Odry trafiałem na zasadzie wypożyczenia. Miało to miejsce aż trzykrotnie. Wówczas kluby niezbyt chętnie sprzedawały swoich zawodników, bardziej skłonne były ich wypożyczać. Wyglądało to więc tak, że Zagłębie dostawało propozycję, ale nie było usatysfakcjonowane z oferty. Ja mało grałem, więc pieniądze oferowane przez Odrę nie były za duże. W ten sposób nie doszli do porozumienia, ale z racji tego, że te dwa kluby miały dobry kontakt między sobą, to dochodziło do kompromisu. Pod koniec okienka transferowego, gdy nie było innych ofert, byłem wypożyczany do Odry. Jak już wspomniałem wcześniej, taka sytuacja miała miejsce trzykrotnie.

Szatnię dzieliłeś z wieloma charakternymi zawodnikami: Markiem Koźmińskim, Michałem Probierzem, Manuelem Arboledą – jak ich wspominasz?

Bardzo dobrze. Według mnie Arboleda był najlepszym obrońcą, z którym miałem przyjemność zagrać. Przesympatyczna osoba, a na boisku cechował się dużą pewnością siebie. Od Michała mogłem się wiele nauczyć. Przede wszystkim zależało mu, żebym mówił po polsku i to dzięki niemu zacząłem naukę. Razem osiągnęliśmy ten niełatwy cel. Do tego był dobrym zawodnik, z mocnym charakterem, co teraz pokazuje jako trener. Z kolei Marek był moim mentorem. Często zostawał po treningu i pokazywał jak powinien grać obrońca w Polsce. Jak się dobrze zastawić, lub zagrać na jeden, dwa kontakty.

Od każdego z nich wiele się nauczyłem.

Grałeś także na dwóch topowych napastników tamtych lat – Robaka i Piechnę. Szczególnie ten drugi był wtedy w niesamowitym „gazie”, ale to Robak zrobił większą karierę. Jak możesz ich ocenić z perspektywy obrońcy?

– Robak to świetny zawodnik, pokazał klasę. Tyle lat grał na jednym poziomie i strzelał sporo bramek. Piechna to typowy ”killer”, wszystko mu wpadało do bramki, co by nie zrobił (śmiech). Ale pamiętam dobrze pierwszy mecz przeciwko nim. Na boisku panowały trudne warunki. Było dużo śniegu, czuliśmy się, jakbyśmy grali na betonie.

Grałeś także z Zagłębiem Lubin w Finale Pucharu Polski z Wisłą Płock, gdzie z kolei mocno we znaki dał się Ireneusz Jeleń. Jak to wspominasz?

– Mogę stwierdzić, że to najszybszy zawodnik przeciwko któremu miałem przyjemność zagrać. Pamiętam mecz w Lubinie, choć ja wtedy byłem chory i nie zagrałem – gdy przebiegł całe boisko, po czym strzelił bramkę. Byliśmy faworytem w obu tych spotkaniach, ale totalnie nie poszło nam w dwumeczu i w obu, niestety, ponieśliśmy porażki.

W Polsce jesteś już kilkanaście lat. Co spowodowało, że przyjąłeś polskie obywatelstwo?

– W Polsce leci mi już dokładnie siedemnasty rok. Starałem się o polskie obywatelstwo po dziesięciu latach mieszkania tu.

Po jedenastu latach wyjechałeś jednak na krótko do Niemiec i w sezonie 2015/16 reprezentowałeś Brandenburger S.C. Skąd taka decyzja?

– Tak naprawdę, to na ten wyjazd namówił mnie kolega, który tam grał.  Wskazał wiele plusów, między innymi finansowych. Postanowiłem, że spróbuję sił i zgodziłem się.

Którego trenera najlepiej wspominasz i dlaczego?

– Najlepiej pracowało mi się z trenerem Smudą. Mocne i intensywne treningi, ale według mnie zawsze do zawodników podchodził fair. Jeżeli zagrałeś dobre spotkanie, to potrafił pochwalić. Z kolei gdy zawaliłeś, to mówił o tym otwarcie. Podchodził do każdego indywidualnie, nie miało dla niego znaczenia czy byłeś gwiazdą drużyny, czy nie.

A jakim trenerem był Czesław Michniewicz, który doprowadził Zagłębie do tytułu mistrzowskiego?

– To był dobry trener, muszę przyznać. Personalnie nie potrafiliśmy jednak się dogadać. Trener często miał do mnie jakieś pretensje czy zastrzeżenia.

Czy dalej śledzisz losy Zagłębia?

– Oczywiście. Zagłębie na zawsze będzie w moim sercu. Spędziłem w Lubinie cenne dwa lata.

W Polsce zatrzymała Cię także żona, która jest Polką. Jak się poznaliście?

-Zgadza się, poznaliśmy się właśnie w Opolu. Trafiliśmy na siebie przypadkowo. Później było trochę rozmowy przez Internet, bo akurat w momencie poznania leciała odpocząć na Kubę. Po powrocie, spotkaliśmy się znowu i tak już pozostało.

Jakiej rzeczy może się nauczyć Brazylijczyk w Polsce?

– Tak naprawdę to wiele się nauczyłem mieszkając tu. Zaangażowanie na wysokim poziomie, a także gościnność. Polacy to naród bardzo gościnny.

Swego czasu miałeś problemy z sercem – czy już się z tym uporałeś?

– Już jest wszystko w porządku. Nie wiem czym to było spowodowane kiedyś… Może stres, depresja? Nie mam pojęcia, ważne, że już nic mi nie dolega.

Czy dalej pracujesz w sklepie teścia?

– Tak, nadal pomagam, wraz z żoną. Aktualnie trenuje też popołudniami dzieci i mam treningi indywidualne. Ostatnio zrobiłem kurs UEFA A w Opolu i trenuje bardzo fajną szkółkę piłkarską. Lubię to robić i się spełniam.

Widziałeś, że w Lubinie jest Akademia?

– Tak, jest to jedna z lepszych w Polsce. Za moich czasów, to młode Zagłębie wszystko wygrywało.

Czego mógłbyś życzyć dla Zagłębia Lubin?

– Przede wszystkim życzył bym wszystkiego dobrego i sukcesów w Ekstraklasie. W niedalekim czasie, zdobycia kolejnego Mistrzostwa.

Bądź pierwszy, który skomentuje ten wpis!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.


*