Enea Basket Poznań narzuciła szalone tempo. Spójnia niczego jednak nie dała jej za darmo
Enea Basket Poznań od pierwszych sekund meczu wzięła pretendenta do awansu do Basket Ligi na szaloną karuzelę. Podopieczni Edmundsa Valeiko narzucili bardzo wysokie tempo i już po czterech minutach od rozpoczęcia gry prowadzili 12:2. Gospodarze we własnej hali znów czuli się jak ryba w wodzie i kompletnie zaskoczyli Spójnię Stargard. Poznaniacy nawet mimo braku Somto Dimanochiego i przewagi wzrostu rywali od początku świetnie kontrolowali zbiórki. W ten sposób napędzali zabójcze kontrataki, a dodatkowo karcili przeciwników z linii rzutów za trzy i z półdystansu.
Hala AWF-u przypominała w pierwszej kwarcie rzymskie koloseum, w którym to atmosfera wręcz przygniatała Spójnię Stagrad. Trybuny wręcz niosły podopiecznych Edmundsa Valeiki, którzy nie dawali przeciwnikom najmniejszych szans dominując ich w zbiórkach po obu stronach parkietu. Każda piłka była dla Poznaniaków wygrana, a każdy wygrany pojedynek skutkował prawieże natychmiastowymi punktami. Na trzy minuty przed końcem pierwszej kwarty Enea Basket Poznań prowadziła aż 21:7 z brązowymi medalistami 1. ligi. Gospodarze wyglądali jakby grali w zupełnie inny sport, na innych zasadach niż Spójnia.
Podopieczni Edmundsa Valeiki wchodzili w kolejne 10 minut spotkania prowadząc aż 31:17, a Spójnia Stargard początkowo nadal nic nie potrafia wskórać na parkiecie. Zespół trenera Marka Popiołka przegrywał większość zbiórek, nie potrafił przedrzeć się pod kosz, a rzuty jego zawodników z dystansu tylko napędzały kontrataki Enei Basket Poznań. Jakby tego było mało gospodarze praktycznie nie mylili się z dystansu i piekielnie szybko poruszali się w rozegraniu pod koszem Spójni Stargard. W zaledwie dwa lub trzy podania potrafili rozmontowywać obronę strefową rywali, znajdując się na czystej pozycji pod koszem.
W drugiej połowie drugiej kwarty było już 40:26 dla Enei Basket Poznań, ale rywale odnaleźli zagubioną jakość. Spójnię Stargard z zapaści próbował wyciągać Robert Glasper swoimi rzutami zza łuku, biorąc niemalże pełną odpowiedzialność za atak. To właśnie jego ciężka praca okazała się kluczowa do tego, by na trzy minuty przed końcem pierwszej połowy było już 43:32.
Trzeba było jednak przyznać, że Enea Basket Poznań opadła z sił w ataku, a praca jej zawodników przestała być tak efektywna, jak wcześniej. Gospodarze schodzili na przerwę prowadząc 49:43, ale koniecznie potrzebowali powrócić do tego, co grali w pierwszej kwarcie.
Spójnia zagrała jak na weteranów przystało. O porażce zdecydowały detale
W drugiej połowie goście od samego początku zaczęli uwijać się jak w ukropie zarówno w rozegraniu pod koszem Enei Basket Poznań, jak i w obronie pod swoim. Nagle to oni zyskali kontrolę na zbiórkach, a obręcz zupełnie przestała sprzyjać gospodarzom. Oba zespoły dosłownie wymieniły się rolami, co oznaczało tylko kłopoty dla Wielkopolan. Rzuty zupełnie przestały wpadać, a po trzech minutach goście dopięli swego i wyszli na prowadzenie przy wyniku 54:52. Popisywali się wyjątkową bezwzględnością, grając tak jak przystało na weteranów i brązowych medalistów z poprzedniego sezonu.
Enea Basket Poznań miała ogromne problemy z wejściem pod kosz w związku z twardą i nieustępliwą obroną Spójni Stargard. W trzeciej kwarcie gospodarzom brakowało czystych pozycji do rzutów, a grę zespołową zastąpiły indywidualne rajdy na obręcz, które często kończyły się pudłami czy rzutami wolnymi. Równocześnie także i goście nie mieli łatwego życia pod koszem przeciwników przez co obie ekipy dzielił przez większość czasu jeden punkt różnicy. Doświadczenie Niedźwiedzkiego wraz z przebojowością Cottle'a przechyliły jednak szalę na korzyść Spójni Stargard przy wyniku 62:70 na koniec trzeciej kwarty.
Enea Basket Poznań pokazywała charakter walcząc do samego końca, ale faworyci byli w zabójczej formie. Glasper nabierał coraz większej pewności siebie w ofensywie i to on pchał swój zespół do kolejnych zdobyczy punktowych. Tymczasem w drużynie Enei Basket Poznań ciężar odpowiedzialności za akcje raz za razem brali na siebie czy to Blanton, czy to Stankowski, czy to Adamczyk, ale prowadzenie wydawało się daleko. Amerykańscy zawodnicy do spółki z Piotrem Niedźwiedzkim zarysowywali wyraźną różnicę.
Enea Basket Poznań zaprezentowała mimo wszystko ogromny charakter, walcząc o każdą piłkę do samego końca, jakby zależało od tego ich życie. Zespół Edmundsa Valeiki konsekwentnie, krok po kroku dbał o to, by zapewnić sobie kontrolę nad spotkaniem na tablicach. Na pięć minut przed końcem było już tylko 82:77 dla Spójni Stargard, ale gdy tylko gospodarze zbliżali się do remisu, gwiazdy w zespole rywali znów odstawiali ich za pomocą kilku akcji. Michał Samsonowicz dał jednak swojej drużynie ogromny impuls, a ostatnie dwie minuty kibice oglądali na stojąco.
Koszykarze Enei Basket Poznań zafundowali swoim kibicom gorącą końcówkę, ale stanu rzeczy nie odmienili. Błędy indywidualne, brak celności przy rzutach osobistych i zmarnowane posiadanie w ostatnich sekundach, które poskutkowało zwiększeniem przewagi Spójni Stargard, uniemożliwiło sięgnięcie po zwycięstwo. Poznaniacy rozpalili dziś serca kibiców do czerwoności i mimo porażki swojego występu zdecydowanie nie powinni się wstydzić. Grając w osłabieniu z powodu kontuzji walczyli z kandydatem do awansu jak równy z równym.
Komentarze (0)