Statyści muszą stać się reżyserami. Kontuzja Mońki stawia Lecha w nowej sytuacji
Można powiedzieć, że Lech Poznań w końcu się doigrał, bowiem skrajnie wyeksploatowany Wojciech Mońka najprawdopodobniej złapał uraz mięśnia dwugłowego uda po nieustannej grze co trzy dni w wymiarze 90 minut. W tym sezonie nie opuścił żadnego spotkania, grając od deski do deski, a wliczając też minione rozgrywki Mońka w 2026 roku opuścił w sumie tylko tylko trzy mecze. Sam piłkarz jeszcze niedawno dzielił się tym, że czuje się zmęczony, ale sztab szkoleniowy w dalszym ciągu na niego stawiał i jak widać w końcu się na tym przejechał.
Nie wiadomo, czy wykluczy go to z rywalizacji z Koroną Kielce, ponieważ z klubu nie popłynęły w tym temacie żadne konkretne informacje, ale kwestia jego problemu to dobry pretekst do dużo szerszej i poważniejszej dyskusji na temat faktycznego stanu jakości środka obrony Kolejorza.
19-latek jest prawdziwym generałem pierwszej linii, filarem i jednoosobową armią gotową bronić choćby w pojedynkę dostępu do bramki Mateusza Lisa, a wcześniej Bartosza Mrozka. Mając go w swoich szeregach, jego partnerzy mogli pół żartem, pół serio rozłożyć leżak i z pełnym spokojem obserwować poczynania kapitalnego młodzieżowca.
Jego strata powoduje jednak, że nieoczekiwanie, dotychczasowi statyści muszą przejąć obowiązki reżysera i zacząć kierować formacją defensywną co stanowi pewien problem. Mateuszowi Skrzypczakowi i Terry'emu Yegbe jest obecnie tak daleko do mentalności liderów, jak Lechowi Poznań do poziomu gry godnego fazy grupowej Ligi Mistrzów.
Kibice Lecha Poznań drżą o najbliższą przyszłość przy potencjalnej, dłuższej przerwie Wojciecha Mońki i są coraz bardziej skłonni do tego, by nawet forsować narrację o daniu szansy... Hubertowi Janyszce. Po przeanalizowaniu danych statystycznych można jednak wysnuć pewne ciekawe wnioski. Pierwszym z nich jest to, że kiepskie wyniki drużynowe mogą wpływać na mylne postrzeganie faktycznej dyspozycji Mateusza Skrzypczaka. Drugim jest to, że zawodnik nie musi być efektowny, żeby być efektywnym, co może umykać jego krytykom czy hejterom w Internecie.
Wizja urazu Wojciecha Mońki to wręcz senny koszmar dla kibiców Lecha Poznań, ale równocześnie kontuzja ma szansę posłużyć jako niezła okazja do tego, by jego partnerzy zyskali pełną możliwość pokazania, na co ich tak naprawdę stać. Nie jest trudno zostać zepchniętym w cień, gdy ma się obok siebie tak przebojowego gracza, który niczym superbohater potrafi w pojedynkę rozwiązać każdy problem. Być może teraz, pod jego nieobecność zobaczymy, z jakiej gliny ulepieni są jego partnerzy.
Piłkarz Lecha ma po swojej stronie wszystko, żeby zabłysnąć i zyskać uznanie
Czas gry bez Wojciecha Mońki powinien być najwyższą próbą dla Mateusza Skrzypczaka. To on musi wziąć na siebie odpowiedzialność za funkcjonowanie środka obrony, jeśli chce wreszcie uciszyć krytyków i hejterów. Były najlepszy obrońca ligi, wychowanek, lechita z krwi i kości nieustannie mierzy się z opiniami, że nie nadaje się na poziom gry w swoim macierzystym klubie. Trudno o lepszą okazję, by udowodnić kibicom, że są w błędzie, stając się teraz wiodącą postacią. Sztab szkoleniowy okupił wzmocnienie jego pewności siebie i wiary we własne możliwości przyspawaniem Yegbe do ławki i czas pokazać tego efekty w pełnej krasie.
Mamy obecnie środek października, a Mateusz Skrzypczak rozegrał już 11 meczów, spędzając na boiskach 945 minut. Zdobył też gola i asystę. Dla porównania w poprzednim sezonie miał ich na koncie 16, zgarniając 1141 minut, grając średnio około 71 minut na spotkanie. Teraz ma ich 85, co wskazuje na delikatny wzrost jego roli. Dodatkowo, biorąc pod uwagę obecny etap, a ten z zeszłego roku ma też tyle samo spotkań rozegranych w wyjściowym składzie. Obiektywnie trzeba przyznać, widząc te liczby, że stanowił w gruncie rzeczy ważny element machiny Nielsa Frederiksena w obu sezonach. W związku z tym nie powinien mieć teraz problemu z przejęciem na swoje barki roli lidera.
Słowo "powinien" jest tu kluczowe, bowiem mimo, iż piłkarz dokonuje pewnego, zauważalnego progresu, krytycy wciąż mają dużo pożywki z jego występów. Ostatnia, pomeczowa, czwartkowa wypowiedź zdecydowanie nie pomogła mu w zdobyciu sympatii czy uznania, a wręcz przeciwnie. Social-media zalała fala komentarzy krytukujących postawę zawodnika i mocno podważających jego wkład do pierwszego zespołu.
Odstawmy jednak emocje i skupmy się na obserwacjach oraz danych statystycznych. Z regularnego oglądania spotkań z udziałem Skrzypczaka można wywnioskować, że popełnia on znacznie mniej błędów indywidualnych, które skutkują łatwymi stratami goli zazwyczaj po stałych fragmentach gry czy też dośrodkowaniach. Piłkarz lepiej kontroluje przestrzeń wokół siebie i trudno jest obecnie doszukać się w jego przypadku meczów, w których jednoznacznie w pojedynkę "położył" wynik spotkania swoją decyzyjnością. Na myśl może przychodzić tutaj być może jedynie pojedynek z Wieczystą Kraków.
Obdarzany kolejnymi szansami przez Nielsa Frederiksena piłkarz, wbrew opiniom jego krytyków czy wręcz hejterów, zaczął prezentować zalążek tego, czego się od niego wymagało. Agresywne, wysokie wyjścia przy dalekich podaniach do rywali na dobieg; nieustępliwą grę "na ścianę" przy pierwszym kontakcie piłki z rywalem; aktywne ubezpieczanie boku boiska; a być może także przede wszystkim odwagę w rozegraniu i wprowadzania się z piłką dalej do ataku pozycyjnego. Być może nie był tak przebojowy jak Mońka, ale w tym sezonie bez większych kontrowersji sprawdzał się jako Robin dla Batmana.
Aby nie być gołosłownym, warto przyjrzeć się niektórym statystykom z ostatnich spotkań z tego sezonu PKO BP Ekstraklasy na podstawie danych portalu SofaScore w przeliczeniu na 90 minut:
- Śląsk Wrocław: 12 interwencji, 8 wybić, 11 odbiorów, 4/5 wygranych pojedynków na ziemi, 4/8 wygranych pojedynków w powietrzu, 1/3 udane wślizgi.
- Bayer Leverkusen: 2 wybicia, 2 odbiory, 1/3 wygranych pojedynków na ziemi.
- Radomiak Radom: 3 wybicia, 2 odbiory, 4 interwencje w obronie.
- Jagiellonia Białystok: 3 wybicia, 6 odbiorów, 8 interwencji w obronie, 3 przechwyty.
- Piast Gliwice: 3 wybicia, 5 odbiorów, 4 interwencje w obronie, 1 przechwyt, 1/5 wygranych pojedynków na ziemi.
Wielu może sobie zadawać aktualnie pytanie, dlaczego Niels Frederiksen faktycznie aż tak mocno stawia na Mateusza Skrzypczaka. Z pomocą przychodzą tutaj także statystyki dotyczące rozegrania, posiadania i generalnej kreacji gry, które w przypadku byłego gracza Jagiellonii Białystok stoją na satysfakcjonującym poziomie. Wskazują na to średnie meczowe na podstawie danych z portalu "FotMob" odnosząc się do gry w Ekstraklasie.
- Udane podania (Skrzypczak): 49,38
- Udane podania (Mońka): 62
- Skuteczne podania (Skrzypczak): 93,9%
- Skuteczne podania (Mońka): 92,5%
- Celne długie podania (Skrzypczak): 2,31
- Celne długie podania (Mońka): 2,56
- Skuteczne długie podania (Skrzypczak): 73,4%
- Celne długie podania (Mońka): 65,7%
- Podania przełamujące linie (Skrzypczak): 5,85
- Podania przełamujące linie (Mońka): 7,22
Statystyki defensywne obu graczy miejscami dzieli naturalnie przepaść z racji tego, że Wojciech Mońka dominuje w defensywie i samodzielnie przejmuje na swoje barki odpowiedzialność. Tym bardziej kibice Lecha Poznań mogą być tym ciekawi, jak pod jego nieobecność zaprezentuje się Mateusz Skrzypczak w potencjalnym duecie z Terry'm Yegbe. Niewykluczone, że w meczu z Koroną zauważymy zupełnie nowe oblicze byłego gracza Jagiellonii Białystok.
26-letni stoper nie będzie mógł narzekać na brak możliwości do rozpostarcia skrzydeł. Trudno o lepszą szansę na przekonanie kibiców, co do swojej wartości niż wtedy, gdy stanie przed szansą dowodzenia defensywą Kolejorza. Wcześniej taka sytuacja mu się nie zdarzała ze względu na obecność czy to weterana w postaci Antonio Milicia, czy wspomnianego Mońki.
Skrzypczak jest sam. Jego partner to tykająca bomba
Mateusz Skrzypczak nie ma dokąd uciec przed odpowiedzialnością pod nieobecność Wojciecha Mońki. Na ten moment śmiało można stwierdzić, że decyzje sztabu szkoleniowego Nielsa Frederiksena "zakopały" mentalnie Terry'ego Yegbe, a ostatnie boiskowe wydarzenia dobitnie to potwierdzają. Ghańczyk wydaje się obecnie piłkarzem przeklętym, którego obecność na murawie sprowadza nieszczęścia, a mecze z Crystal Palace, Bayerem Leverkusen, a nawet Energy Cottbus są tego najlepszym potwierdzeniem. Stoper był zamieszany w stratę każdego gola i pełnił w tych akcjach pierwszoplanowe role. Oddanie mu pałeczki wydaje się w obecnej sytuacji bawieniem się zapałkami, siedząc na beczce z benzyną.
Zawodnik jest także niefrasobliwy z piłką przy nodze - posyła ryzykowne podania, wrzucając swoich kolegów na niepotrzebne miny. Ponadto jego przewaga fizyczna nie robi w ostatnim czasie żadnej różnicy. Trudno się zresztą dziwić, że zawodnik sypie się w oczach skoro zamiast łapać minuty, pewność siebie i lepiej uczyć się gry nowego zespołu w trakcie meczów, od 14 sierpnia do teraz na jedenaście spotkań rozegrał ich pięć. Spędził na boisku tylko 310 minut w trakcie ostatnich dwóch miesięcy.
Oczekiwanie od niego, że odbuduje się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki może być zwykłą naiwnością. Szczególnie, że piłkarz zawiódł w dwóch najbardziej prestiżowych spotkaniach z rzędu, rozpoczynając lawinę katastrofalnych zdarzeń, co bez wątpienia może mu skutecznie utrudnić odbudowę sfery psychicznej. Nawet jeśli Niels Frederiksen twierdzi, że to profesjonalny piłkarz, który wie, jak sobie radzić w takich sytuacjach, naprawdę trudno wierzyć w to, że Terry Yegbe z dnia na dzień po takich ciosach stanie się terminatorem.
Oczywiście, poziom gry z czołowymi drużynami Ligi Europy to zupełnie inna półka niż starcie Ekstraklasy z Koroną Kielce. Terry Yegbe na tle Złocisto-krwistych ma szansę odkupić swoje winy, ale lepiej dla Mateusza Skrzypczaka, by to faktycznie on przejął dowodzenie i pokazał, że nie jest gorszy od Wojciecha Mońki. Zepchnięcie w cień przez znajdującego się w katastrofalnej sytuacji Ghańczyka byłoby bardzo brutalnym uwypukleniem realnych oczekiwań kibiców wobec wychowanka.
Komentarze (0)