reklama
reklama

Jakub Wilk: W zespole mamy naprawdę dobrą chemię

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: | Zdjęcie: P. Szyszka/Lech Poznań

Jakub Wilk: W zespole mamy naprawdę dobrą chemię - Zdjęcie główne

Jakub Wilk w akcji w Drużynie Wiary Lecha | foto P. Szyszka/Lech Poznań

reklama
Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Piłka nożna Jakub Wilk to były skrzydłowy poznańskiego Lecha, z którym zdobył mistrzostwo Polski, puchar i superpuchar. Dziś pracuje w Akademii Lecha Poznań jako asystent rocznika 2013. W rozmowie z Michałem Bondyrą opowiada jak to było z tymi schodami u Franciszka Smudy, wspomina pamiętne mecze z Austrią i Ruchem, ale też początki w poznańskiej „13”. Mówi o sentymencie do Żalgirisu, hot-dogach na Bułgarskiej i kręceniu beki w szatni DWL.
reklama

Michał Bondyra: Jak zaczynałeś swoją przygodę z piłką rolę Akademii Lecha pełniła słynna poznańska „13” czyli szkoła podstawowa nr 13 na al. Niepodległości.
Jakub Wilk, były piłkarz Lecha Poznań, dziś trener w Akademii Lecha Poznań: To była szkoła, gdzie oprócz normalnych lekcji, na wuefie mieliśmy treningi piłkarskie. Trafiłem do niej w 1992 roku, jako siedmiolatek. W „13” uczyłem się przez osiem lat. Jak ją kończyłem, byłem przygotowany, żeby grać w piłkę…

…w Lechu.
Jestem poznańską pyrą, więc, jak każdy Poznaniak marzyłem, żeby grać w dorosłej piłce oczywiście dla Kolejorza.

Od małego chodziłeś na mecze Lecha?
Lata 90-te to był czas, kiedy na trybunach dużo się działo i było niebezpiecznie, dlatego pierwszy raz na meczu byłem dopiero w czwartej czy piątej klasie szkoły podstawowej. To był mecz z Pogonią Szczecin. Wyniku nie pamiętam, ale pamiętam za to, że przez zamieszki na trybunach, spotkanie zostało przerwane. Oczywiście to, że nie chodziłem na stadion nie oznacza, że nie śledziłem meczów Lecha. Po prostu oglądałem je razem z tatą w telewizji.

A dziś zabierasz swojego syna Ethana na trybuny?
Dziś na trybunach jest bezpieczniej i dużo spokojniej. Ethan pierwszy raz ze mną na meczu był jeszcze zanim skończył roczek. Teraz ma 11 lat i na meczach domowych jesteśmy bardzo często. Tradycją jest, że jak zaczyna się przerwa, kupuję mu hot-doga. To taka nasza tradycja. Ethan może zjeść mniejszy obiad, ale hot-dog na Bułgarskiej być musi. 
Ostatnio, gdy udziałem wywiadu dla Canal Plus po meczu z Jagiellonią, wziąłem go na murawę. Przed samym meczem część piłkarzy przyszła się przywitać, a Ethan zbił piątkę m.in. z Filipem Bednarkiem, którego bardzo ceni i lubi. Sam trenuje w Akademii Reissa jako bramkarz.

Myślisz, że będzie, jak tata grał w Lechu?
Droga do seniorskiej piłki jest bardzo długa i kręta, a chłopaków, którzy trenują bardzo wielu. Żeby być bramkarzem na poziomie Ekstraklasy, potrzebny jest wzrost. Ani ja, ani moja żona go nie mają. Może Ethan będzie pierwszym pokoleniem, gdzie wystrzeli i będzie wysoki? Na razie trenuje dwa razy w tygodniu w Akademii Reissa w Baranowie, poza tym, ponieważ robię też treningi indywidualne dzieciakom spoza Akademii Lecha Poznań, zabieram go na swoje treningi. Wtedy jest obopólna korzyść: chłopak, którego trenuję, może poćwiczyć technikę i strzał, a Ethan może więcej pobronić. Czy dalej pójdzie w piłkę? Pewnie odpowiem Tobie na to pytanie za 3-4 lata, jak siądziemy i zastanowimy się co dalej. Chciałbym, żeby był piłkarzem, ale nie wywieram na niego presji, że koniecznie musi nim być. Dla mnie liczy się, żeby miał z tego, co robi frajdę i żeby… uprawiał sport. Czy będzie to piłka, koszykówka czy judo nie ma znaczenia, najważniejsze, żeby to był jego wybór.

Wróćmy do czasów, gdy sam byłeś piłkarzem. Grałeś w zespołach m.in. Franciszka Smudy i Jacka Zielińskiego. Z jednym Lech wygrał Puchar Polski i awansował do fazy grupowej pucharów po latach posuchy, z drugim zdobył mistrzostwo Polski. Którego z tych szkoleniowców wspominasz lepiej?
Smuda to niemiecka szkoła; dużo biegania, cały czas na pełny gwizdek, za to mniej taktyki. Zieliński to z kolei więcej świeżości i inne treningi. Obu trenerów pozytywnie wspominam, bo z oboma pracowało mi się dobrze.

A jak to było z tym mitycznym wchodzeniem po schodach u trenera Smudy? Faktycznie na bazie tego, jak kto chodził po schodach oceniał przydatność do drużyny?
Trochę sprostuję tę anegdotę. Powstała ona po naszym pierwszym zimowym obozie w Szklarskiej Porębie. To była zima sezonu 2006/2007 i nasz pierwszy wyjazd z trenerem Smudą, który przyszedł do Lecha latem. Jesteśmy pierwszy dzień w Szklarskiej, a trener zaordynował nam taki trening po górach, że ledwo chodziliśmy. W hotelu, w którym mieszkaliśmy były schody. Trzeba było po nich wejść do pokojów albo zejść z nich do lobby. A przy restauracji trener Smuda siedział i obserwował nas, jak wyglądamy kondycyjnie. Jak ktoś z nas ledwo chodził, to śmiał się i mówił: „Zobacz, jak on chodzi! Przecież on nie może grać w piłkę!”

Trenera Franciszka Smudę wspominasz dobrze. Rok 2009 przyniósł wam Puchar Polski, awans do 1/16 finału pucharu UEFA, a Tobie debiut w reprezentacji.
To był mój najlepszy rok w Lechu. Bo oprócz pucharu i meczów w Europie z Lechem, był też debiut w kadrze. Trener Leo Beenhakker dostrzegł moją dobrą grę i powołał mnie w lutym na mecz towarzyski z Litwą. To było spełnienie marzeń. Jak wyszedłem na boisko, stanąłem w koszulce z orzełkiem na piersi i zacząłem śpiewać hymn, to do mnie doszło, że to coś szczególnego i wyjątkowego. W kadrze grałem w sumie w trzech meczach. Pewnie mogłem mieć tych występów więcej, ale i tak jestem szczęśliwy, że dostąpiłem tego zaszczytu. Życzę każdemu, kto zawodowo gra w piłkę, żeby choć raz zagrał dla Polski. 

Rok 2008 to słynny mecz z Austrią Wiedeń. Wygrany 4:2, po trafieniu w ostatniej minucie dogrywki. To Twoje najlepsze wspomnienie z Lecha?
Stawką dwumeczu z Austrią był awans do fazy grupowej ostatniej edycji pucharu UEFA. Z Wiednia przywieźliśmy niekorzystny wynik, bo przegraliśmy tam 1:2. W Poznaniu, co strzeliliśmy gola, to Austriacy odpowiadali. Byliśmy w niesamowitej formie. Podkręcaliśmy tempo, a mecz trwał i trwał. Dogrywka się kończy, jesteśmy już bliscy eliminacji i wtedy pada ten gol Rafała Murawskiego… To się nie zdarza. Pełen stadion eksplodował. Niesamowite były wtedy te emocje!

Drugi rollercoaster przeżywałeś wraz z kolegami już za kadencji Jacka Zielińskiego. Przedostatni mecz sezonu, Wisła zmierza po tytuł, a wy gracie w Chorzowie z Ruchem o przedłużenie nadziei.
Gol na 2:1 Siergieja Krivetsa daje zwycięstwo, ale potem dopiero dowiadujemy się, że Wisła traci gola w derbach Krakowa z Cracovią. Otworzyliśmy sobie szansę walki o tytuł swoim zwycięstwem i dzięki błędowi rywala. Ale trzeba było jeszcze wygrać ostatni mecz z Zagłębiem, więc te emocje mieliśmy trochę bardziej rozłożone w czasie, niż w tym meczu z Austrią.

W Lechu zagrałeś prawie 200 meczów, strzeliłeś 18 goli i miałeś 20 asyst. 
Tych goli nie strzeliłem dużo. Ale chybna najbardziej zapamiętałem bramkę, którą zdobyłem w 2007 roku przeciw Polonii Warszawa. Uderzyłem z pola karnego, ze skrzydła prostym podbiciem po dalszym słupku w samo okienko.
Ale bardziej niż gole cieszyły mnie asysty. Mega frajdę sprawiało mi, gdy mogłem dorzucić fajne dośrodkowanie, które kończył potem mój kolega. 

Jak to się stało, że… wylądowałeś na Litwie?
To był czas, gdy byłem bez klubu i musiałem coś znaleźć. W Żalgirisie trenerem był Marek Zub, a napastnikiem – Kamil Biliński. Wilno to był dla mnie nieznany teren. Zaryzykowałem. 

Ryzyko się opłaciło, w Żalgirisie zdobyłeś mistrzostwo Litwy, krajowy puchar i superpuchar.
Kiedy przyjechałem do Wilna, to spotkałem się z panią prezes Vilmą Venslovaitien? i dyrektorem sportowym Mindaugasem Nikoličiusem i ujęło mnie ich podejście do zawodników – było mega profesjonalne. Od początku miałem załatwione mieszkanie, samochód. Okazało się, że pensje i premie także są na czas. Jak przyjechała żona z synem, to pani prezes zaprosiła nas na kolację, pokazała Wilno. To było coś, czego wtedy w Polsce w klubach się nie robiło, chociaż dzisiaj jest standardem. 
Poziom sportowy był porównywalny z naszą pierwszą ligą. Baza treningowa też pozostawiała wiele do życzenia. Po pół roku wyjechałem do Rumunii. Jak z niej wróciłem, okazało się, że klub jeszcze bardziej się zmienił. Wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku, ale nic dziwnego, bo zarządzający wrócili ze Szkocji, gdzie w Heart of Midlothian podpatrywali najlepsze wzorce. Na Litwie żyło się bardzo dobrze nie tylko mnie, ale i mojej rodzinie. Gdyby nie to, że chciałem wracać do Polski, pewnie bym tam został do końca kariery. 

I zagrałbyś w barwach Żalgirisu w dwumeczu, w którym Litwini sensacyjnie wyeliminowali Lecha Poznań już w 3 rundzie eliminacji Ligi Europy.
No właśnie, mogłem przyłożyć nogę do tego, że Lech odpadł, więc chyba lepiej, że już mnie tam nie było. A z ludźmi z Wilna wciąż mam kontakt telefoniczny. Śledzę ich wyniki i mocno im kibicuję, bo władze wkładają masę pracy w ten klub.

A Ty wróciłeś do Lecha. No nie od razu i nie na boisko. Za to do jego Akademii jako trener.
Od zeszłego roku jestem trenerem asystentem w roczniku 2013, a byłem też w roczniku 2010. Z rocznikiem 2013 prowadzę jeszcze treningi techniczne. Poza tym w Akademii we Wronkach wraz z Szymonem Pawłowskim w rocznikach 15-latków i starszych prowadzimy treningi dla skrzydłowych. 

Dużo tego. A masz jeszcze treningi indywidualne trzy razy w tygodniu z młodymi piłkarzami spoza Akademii. 
Pamiętam, jak zadzwonił do mnie Zbyszek Zakrzewski i zaproponował pracę w Akademii. Myślałem, że jako były piłkarz z doświadczeniem, poradzę sobie z marszu. Zarządzanie grupą i treningi w piłce 9-cio i 11-o osobowej to jednak wyższa szkoła jazdy. Najpierw odbyłem staże w różnych grupach wiekowych, potem zacząłem się doszkalać. Wciąż się doszkalam, bo wiem, że jeszcze wiele pracy przede mną.

A jakbyś porównał dzieciaki, które grają w Akademii dziś, do was z „Trzynastki”?
Za naszych czasów graliśmy na murawie, gdzie było trochę trawy, a poza tym piach i dziury. Piłka tak skakała, że trzeba było mieć duże umiejętności techniczne, żeby ją opanować. Dziś te boiska są gładkie jak stół. Trenerzy też są lepiej przygotowani. Nie tylko w Akademii, ale i w PZPN-ie jest duży nacisk na szkolenie młodych. A sami chłopacy? Na pewno mają większą świadomość taktyczną niż my w ich wieku. Ale są też bardziej emocjonalni, często wychowywani w cieplarnianych warunkach. Każdemu z nich trzeba poświęcić sporo czasu i cierpliwości, bo każdy rozwija się w swoim tempie. 

Skoro o czasie. On jest bezcenny, także w kontekście rodziny.
Nie ukrywam, że brakuje mi tego czasu dla rodziny. Działam na ogół popołudniami, więc wracam wieczorem, a jak jest jeszcze mecz czy trening Drużyny Wiary Lecha, to w domu ląduję przed 23.00. Dlatego, żeby więcej czasu spędzić z Etanem, biorę go na te indywidualne treningi chłopaków. Z jednej strony, tak jak mówiłem, ma dodatkowe treningi bramkarskie, z drugiej jesteśmy razem wzmacniając naszą relację na linii ojciec-syn. Kończymy półtoragodzinny trening, zbijamy piątki i wracamy do domu na pyszny obiad. 

Wspomniałeś o Drużynie Wiary Lecha. Grasz w klubie założonych przez kibiców już 4 sezon. Jak traktują Cię kibice Lecha, którzy pamiętają Cię z boiska, a teraz dzielą z Tobą szatnię?
Wiedzą, że ja czy Hubert Wołąkiewicz, Siergiej Krivets, czy Błażej Telichowski kiedyś graliśmy i mają do nas za to szacunek. Gdy mamy jakieś boiskowe obserwacje, przyjmują nasze porady. A w szatni? Jesteśmy kolegami, równymi sobie. Lubię pogadać z każdym, przy tym trochę pokręcić beki. W zespole mamy naprawdę dobrą chemię. 

Wymogiem gry w Drużynie Wiary Lecha jest regularne jeżdżenie za Lechem w kibicowskie delegacje. Też jeździsz?
Ze względu na dużo obowiązków, brakuje mi na te wyjazdu czasu. Poza tym, żyję piłką, ale nie 24 godziny na dobę. Mam rodzinę, z którą też chcę spędzić trochę czasu. A miałem takie miesiące, że nie miałem dnia wolnego, wliczając w to niedzielę. W grudniu jednak kończy się IV liga, luźniej będzie też w Akademii, więc jest szansa, że pojadę. 

fot. archiwalne śp. M. Opala, bieżące P. Szyszka/Lech Poznań

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama