Cała liga na przestrzeni ostatnich miesięcy nie zadowala, a spłaszczona tabela tylko to potwierdza. O słabości tej kampanii świadczy choćby fakt, że walcząca przez większość sezonu o utrzymanie Legia Warszawa dostaje "czwórkę" w stolicy Wielkopolski i mimo dobrej wiosny pod wodzą Marka Papszuna musi drżeć o swój los. Tydzień później wygrywa mecz i to podłącza ją do tlenu w kontekście europejskich pucharów. Abstrakcja.
Ale w tej całej abstrakcji jeden zespół w ostatnich tygodniach nie obniża poziomu. Może za późno, ale buduje przewagę na finiszu, zmierzając po mistrzostwo Polski. Żadna drużyna w tym roku nie punktuje lepiej od Lecha Poznań. Żaden zespół nie gra jednocześnie efektywnie, a przy tym tak efektownie. Lepszego kandydata do tytułu już nie będzie.
Mecz w Lublinie doskonale pokazał jedną rzecz, na którą w obliczu tylu indywidualności w zespole, być może nie zwraca się często uwagi - kolektyw. Trener Niels Frederiksen potrafił skonstruować drużynę, która na przestrzeni całego sezonu nie ma już widocznych, słabych punktów. Oczywiście, nie da się, by każdy piłkarz prezentował w każdym tygodniu identyczną formę. Ktoś zaskoczy bardziej, ktoś popełni błąd.
Trzeba mieć jednak jaja, by w takim momencie sezonu wyciągnąć z szafy Timothy'ego Oumę i przeorganizować taktycznie zespół właśnie pod to wejście Kenijczyka. A on wchodzi na boisko i w dwóch ostatnich spotkaniach prezentuje się naprawdę solidnie, tak jakby był stałym elementem układanki.
W Lublinie na medal spisał się cały zespół
Należy pochwalić Lecha za reakcję po fatalnym wydarzeniu z sobotniego wieczoru, gdy już po pierwszym kwadransie Ali Gholizadeh opuścił murawę z powodu koszmarnie zapowiadającej się kontuzji. Drużyna w tamtej chwili straciła najlepszego zawodnika w zespole, absolutnego kreatora gry. Nie poddała się, odpowiedzialność za wynik wzięli pozostali.
Lech oddał ponad dwadzieścia strzałów na bramkę - sytuacji nie brakowało. Wiadomo, mając tak jakościowego zawodnika jak reprezentant Iranu, na pewno udałoby się stworzyć więcej tych klarownych. Poznaniakom wystarczyła jedna, gdy Leo Bengtsson fantastycznie oderwał się od rywala w pierwszej połowie i uderzył nie do obrony dla bramkarza.
Potem już obraz drużyny grającej równo na każdej pozycji - bardzo dobrze w obronie, odpowiednio w asekuracji, śmiało w rozegraniu. Ten wspomniany kolektyw tak naprawdę pozwolił Lechowi spakować trzy punkty do walizki i dziś popołudniu zabrać w drodze powrotnej do Poznania. A gdyby się odpowiednio przyjrzeć - to był główny czynnik zwycięstw w tych najbardziej kluczowych dla Lecha wyjazdowych momentach tego roku. Lubin. Szczecin. Zabrze. Teraz Lublin.
Gdy w końcówce sezonu łapie się taki wiatr, można już tylko rozglądać się, jak daleko uda się w takich warunkach wylądować. Przy tym doświadczeniu, jakie posiada Kolejorz, przedwczesny upadek nawet nie grozi.
A jeśli przełożymy to na metaforyczny wyścig. Na tej autostradzie do tytułu Lech nie ma nikogo, kto mógłby zatrzymać go na tyle, by zdążyli wyprzedzić pozostali. Można już przygotowywać grawer na dziesiątym trofeum w historii klubu. Tylko potężna katastrofa mogłaby im odebrać zasłużone trofeum.
Komentarze (0)