Lech Poznań ułatwił robotę Crystal Palace. Mistrz Polski załatwił sam siebie
Crystal Palace pod dowództwem nowego trenera zdecydowanie nie zachwyca w Premier League, ale jego jakość na tle Lecha Poznań była widoczna gołym okiem. Przeciwnicy Kolejorza zgodnie z oczekiwaniami od początku prezentowali bardzo fizyczny, dynamiczny styl gry opierający się niemal wyłącznie na dynamizujących podaniach do przodu. W związku z ofensywną postawą "Orłów" Lech przez pierwsze minuty był głównie skoncentrowany na pracy w pressingu oraz szukania okazji do ataków po przechwytach.
Niestety, Lech Poznań trzymał fason tylko do dziesiątej minuty spotkania. Wtedy to mistrzowie Polski w kuriozalny sposób stracili gola na 1:0 po tym, gdy Terry Yegbe koszmarnie wrzucił piłkę z autu wprost pod nogi Yeremy'ego Pino, który wbiegł w pole karne Mateusza Lisa i dał Crystal Palace prowadzenie. Aż trudno było uwierzyć w absurd całej sytuacji, ale Kolejorz zdołał się podnieść po tym samobójczym ciosie. Niebiesko-Biali postawili na zdecydowany atak i zdołali przejąć kontrolę nad spotkaniem cały czas utrzymując się przy piłce.
Podopieczni Nielsa Frederiksena zaczęli prezentować się w bardzo dominujący sposób na murawie. Crystal Palace długimi momentami nie potrafiło wydostać się spod pressingu mistrza Polski, ale finalnie pokazało, że do zwycięstwa nie potrzebuje pełnej kontroli nad piłką. W 28. minucie gospodarze skrzywdzili swoich rywali po raz drugi tym razem z rzutu rożnego, gdy do siatki trafił tym razem Richards. Obrońcy nie dał rady skutecznie pokryć Radosław Murawski.
Paradoksalnie Lech Poznań w pierwszej połowie nie prezentował się na murawie tak źle jak wskazywał na to wynik. Podopieczni Nielsa Frederiksena grali bardzo aktywnie na połowie przeciwnika, byli spragnieni piłki i regularnie, cierpliwie konstruowali akcje. Problem był taki, że nic z nich nie wynikało. Kolejorz był wyjątkowo niechlujny w trzeciej tercji, czym zmniejszał szanse na powrót do meczu. To właśnie te detale składały się na wynik 3:0 do przerwy. Sprokurowany karny przez Radosława Murawskiego i późniejszy gol Larsena był tego najlepszym potwierdzeniem.
Lech nawet się nie zbliżył do bramki honorowej. Połowa Crystal Palace była wręcz przeklęta
Obraz gry po przerwie się nie zmieniał. Crystal Palace i Lech Poznań wciąż szły na wymianę ciosów w wysokim pressingu, a goście nie ustawali w wysiłkach, by w końcu wypracować sobie przynajmniej akcje na wagę bramki honorowej. Podopieczni Nielsa Frederiksena ciężko pracowali na najwyższej intensywności starając się za wszelką cenę utrzymywać przy piłce mimo niebezpiecznych, często brudnych ataków rywali. Przełamania w kontekście strzeleckiej niemocy w ostatniej tercji boiska jednak nie było.
Lecha Poznań do sukcesu nie przybliżały także zmiany wykonane przez Nielsa Frederiksena. Ani Agnero, ani Jagiełło nie wpłynęli na poprawę gry, a jakby tego było mało po 60. minucie meczu to Crystal Palace zaczęło poważniej zagrażać Kolejorzowi wychodząc spod pressingu mistrza Polski. Ten jednak skutecznie potrafił odpierać zagrożenia choć w 76. minucie niewiele brakowało aby Nketiah pokonał Lisa w sytuacji sam na sam. Finalnie jednak gracz gospodarzy fatalnie spudłował.
Wizualnie gra Kolejorza mogła się podobać. Lechici zaskakująco dobrze znosili bardzo wysoki poziom intensywności narzucany przez zwycięzcę Ligi Konferencji Europy. Operowanie piłką na małej przestrzeni pod własną bramką i w środku pola stało na niezwykle wysokim poziomie, ale wciąż pozostawało pytanie: i co z tego? Okolice pola karnego Waltera Beniteza przypominały dzisiaj piłkarski odpowiednik trójkąta bermudzkiego - piłki ginęły tam w nietłumaczalnych okolicznościach, a zawodnikom Kolejorza wariowały kompasy wskazujące kierunek drogi do celu.
Lech przegrał spotkanie na Selhurst Park na własne życzenie. Popełnione błędy skutkujące golami, dwie żółte kartki dla Radosława Murawskiego oraz ogrom niedokładności w polu karnym sprawiły, że Kolejorz nie miał czego szukać w starciu z Londyńczykami. Widać było, że mistrzowie Polski zostawili na murawie ogrom sił, masę zdrowia i energii, ale z drugiej strony przeciwnicy potrafili nader często otrzymywać od Poznaniaków takie dogodne okazje, że aż żal z nich było nie skorzystać.
Podopieczni Nielsa Frederiksena ewidentnie nie wytrzymali ciśnienia ekipy z Premier League, ale mecz ten nie był pełnowymiarową katastrofą w ich wykonaniu. Przyjezdni przez długi czas potrafili nawiązywać równorzędną walkę na boisku, radzić sobie pod presją i znakomicie spisywać się w rozegraniu. Wygrywa jednak ten, kto jest skuteczny w polu karnym.
Crystal Palace - Lech Poznań 4:0 (3:0)
Gole: Pino 10., Richards 28., Larsen 34., Nketiah 89. - Crystal
Crystal: Benitez - Richards (Canvot 73.), Disasi, Ahanor - Khalaili, Timber, Wharton, Mitchell - Kamada (Sarr 74.), Pino - Larsen (Nketiah 74.).
Lech: Lis - Pereira (Gumny 70.), Mońka, Yegbe, Gurgul - Rodriguez (Hakans 81.), Murawski - Walemark (Bengtsson 70.), Palma, Sayyadmanesh (Jagiełło 61.) - Ishak (Agnero 61.).
Żółte kartki: Murawski 76., 86. - Lech
Sędziował: Michal Očenáš (Słowacja)
Komentarze (0)