Liderka Lecha Poznań UAM w szczerej rozmowie. "Nie żałuję swojej historii"

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Liderka Lecha Poznań UAM w szczerej rozmowie. "Nie żałuję swojej historii" - Zdjęcie główne
Autor: Jakub Wyderski | Opis: Alicja Piechocka znalazła się w miejscu, o którym marzyła. Nie sądziła, że będzie mogła założyć koszulkę klubu, który kocha od dziecka.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaAlicja Piechocka za moment wybiegnie na murawę Enea Stadionu, by wraz z Lechem Poznań UAM powalczyć o awans do finału Orlen Pucharu Polski z GKS-em Katowice. Spełnia się jedno z piłkarskich marzeń środkowej pomocniczki. W rozmowie ze Sportowym Poznaniem opowiedziała o swoich początkach, trudnym momencie w Medyku Konin, życiu w Bydgoszczy, powrocie do domu i realiach kobiecego futbolu w Polsce.
reklama

Jakub Kowalski, dziennikarz Sportowego Poznania: Twoje pierwsze wspomnienie z piłką, to ogródek i gra z tatą. On już wiedział, że w przyszłości zostaniesz piłkarką?

Alicja Piechocka, zawodniczka Lecha Poznań UAM: Kompletnie nie. My w ogóle z moim bratem dużo próbowaliśmy różnych sportów. Zanim przeszłam do Medyka Konin, to ja jeszcze pływałam i musiałam wybrać - albo droga piłkarki, albo droga pływaczki. Poszło w kierunku piłki i nie żałuję, bo w sumie jak tak patrzę, pływanie to nuda (śmiech).

Miłość do piłki zaszczepił w Tobie głównie przez mecze Lecha Poznań.

Tak, chodziliśmy jeszcze na stary stadion, jak byłam dzieciakiem. On sam grał w hokeja na trawie i mieli zespół Kolejorza, więc u niego ten Lech był od zawsze. Teraz fajnie, że to ja mogę go zabierać na mecze, tak jak on kiedyś mnie.

reklama

Pamiętasz swój pierwszy trening?

Jak rodzice słyszeli, że podoba mi się gra w piłkę, no to szukali właśnie klubu. Pisali do Lecha, do Warty, czy jest możliwość w ogóle, żeby dziewczyna grała z chłopakami. Zazwyczaj była odpowiedź, że trenować może, ale w meczach grać nie. Jaka to nagroda dla kogoś, kto chce grać w piłkę, a nie może wystąpić w meczu? Akademia Reissa stworzyła wtedy szkółkę dla dziewczynek i chłopców. Była gadka, że pójdę na jeden trening, nie spodoba mi się, bo mnie pokopią i dojadą tam. Było zupełnie odwrotnie. Pierwszy trening był właśnie w Plewiskach na Orliku. A teraz gramy na tym stadionie obok, więc super mi się tam wraca. Mama jeszcze mnie ubrała w jakieś białe trampki i takie getry do tańca. Jak o tym myślę, to trochę koszmar mojego dzieciństwa (śmiech). Myślała, że to będzie jednorazowe, ale minął tydzień i już musieli mi kupić buty do grania.

reklama

Zaczynałaś pewnie w drużynie z samymi chłopakami.

Dokładnie, ale bardzo fajnie się wkomponowałam w zespół. Nigdy nie miałam takiego problemu, że ktoś ze mną nie chciał rozmawiać. Gdy trafiłam do reprezentacji Akademii, to po jakimś czasie byłam nawet kapitanem zespołu.

Na kadrze wojewódzkiej zostałaś zauważona przez zawodniczki z Konina i tak trafiłaś do Medyka. 

Jak już jeździłam na kadrę, to tam trenerkami były Anna Szymańska i Anna Jankowska. One grały jednocześnie w seniorskiej drużynie Medyka. Tak naprawdę były dwie szkółki, gdzie można było zaczynać i łączyć to ze szkołą. Miałyśmy dwie drogi, z czego trzy-cztery dziewczyny od nas z kadry Wielkopolski poszły do Medyka i było nam łatwiej, wszystkie się znałyśmy, chodziłyśmy razem do klasy.

reklama

Jak zareagowali rodzice na twój wyjazd?

Wiedzieli, że ja bardzo chcę, ale się bali. Mama to przez trzy lata jak wracałam z domu do Konina, to ze łzami w oczach, bo musi córkę gdzieś posłać. Ale miałam 13 lat, jak wyjeżdzałam, więc to nie było dla niej łatwe. Dużo mnie w tym wspierali, przyjeżdzali do mnie, więc nie odczuwałam tego braku. W Koninie byłam wśród swoich dziewczyn, więc było łatwiej przez to, że się wcześniej znałyśmy. Nie byłam kompletnie obca i musiałam sobie poradzić.

Jak wyglądało zderzenie z profesjonalnym żeńskim klubem?

Nawet nie wiedziałam, jak to wygląda w większym wydaniu. Nie było kiedyś tak dostępnych meczów w telewizji. W Koninie byłam zdziwiona, gdy już wiedziałam, że jest Ekstraliga, walka o Ligę Mistrzyń. Dla mnie to było "wow, jak to możliwe". Pomyślałam, że kurczę, fajnie jest grać, tak jak one.

reklama

Udało się zadebiutować w Ekstralidze w wieku niespełna 16 lat. Regularnie zaczynałaś grać w Medyku, ale ten rozwój zahamowały poważne kontuzje. Pojawił się moment zawahania, czy na pewno uda się grać w piłkę?

Kontuzje bardzo dużo mnie nauczyły. Pierwsze zerwanie więzadeł to w wieku 16 lat. Byłam na kadrze, przed Euro, na które miałyśmy jechać, więc poczułam, jakby mi się świat zawalił. Chyba przez tydzień płakałam w domu, nie mogłam dojść do siebie. Nie wiedziałam nawet, jakie to uczucie, by zerwać więzadła. Na sobie dowiedziałam się, co to za kontuzja. Za drugim razem, gdy to się przydarzyło, dostawałam coraz więcej minut w Medyku. To była dla mnie katastrofa. Czułam, że mam zerwane od razu. Te myśli szybciej do siebie doprowadzałam. Zaczęłam bardziej słuchać swojego ciała i wyszłam z tego bez szwanku. Nie żałuję, że moja historia potoczyła się właśnie tak.

Tu w Lechu podobną kontuzję odniosła ostatnio Liwia Prochwicz, która też jest tylko nastolatką. Rozmawiałyście o Twoich doświadczeniach?

Tak, dużo ostatnio o tym rozmawiałyśmy. Ja byłam w identycznym miejscu, jak ona teraz. Przed Euro, w najlepszym czasie. Ona jest nastawiona na to pozytywnie. Dziś są też większe możliwości niż kiedyś. Ona jest w klubie, w którym się nią zaopiekują. Operację miała dwa dni później, co jest niesamowite. Ja musiałam czekać miesiąc.

Mogłaś liczyć na wsparcie finansowe klubu?

Nie. Jedynym plusem było to, że pierwsze zerwanie ACL przytrafiło się na kadrze. PZPN pokrył koszty, ale musiałam na to wszystko sama wyłożyć. Rehabilitacja w Medyku nie była najlepsza, więc gdy chciałam wrócić na jakieś tory i dać coś więcej, to musiałam szukać zewnętrznych czynników, którymi mogłabym sobie pomóc.

To przyczyniło się do decyzji o pożegnaniu z Medykiem?

Tak, szczególnie, gdy zerwałam drugi raz, już na meczu klubowym. Otóż wtedy zostałam sama ze sobą. Wróciłam do domu, tu w Poznaniu miałam operację i tutaj się rehabilitowałam.

Miałaś problem, by znaleźć nowy klub. Udało się tylko w Sportisie KKP Bydgoszcz.

To był jedyny klub, który wiedział, że nie jestem na już, tylko dopiero trzy miesiące po starcie sezonu. Dużo klubów chciało mnie już przygotowaną w lipcu na obozie. Zależało mi na Ekstralidze, bo kiedyś myślałam, że jak nie zostanę w tej lidze to świat o mnie zapomni. Na swoim przykładzie już wiem, że w ogóle tak nie jest.

Gdy zderzyłaś się z realiami kobiecego futbolu w Polsce, pojawiło się zwątpienie?

Kiedyś na pieniądze w ogóle nawet nie patrzyłam. Dla mnie po prostu fajnie było iść na trening. W Medyku nawet nie miałam kontraktu. W Sportisie był, ale nie jakoś super duży. Cieszyło, że chociaż cokolwiek z tego mam. Fakt, że potem musiałam chodzić do pracy, bo przez jakiś czas nam w ogóle tam nie płacili. Tutaj jak przyszłam - pięć, sześć osób miało kontrakty. To nie było tak, jak teraz, gdy wszystkie mamy. Każdy myślał, że idąc do Lecha, to pewnie mam kokosy, ale to wszystko idzie stopniowo. W piłce kobiecej nie można grać dla pieniędzy. Fajnie jest mieć dodatkowy zarobek za wykonywanie swojej pasji, ale nie jest tak, że nic nie będę robiła do końca życia.

fot. Tomasz Deska

 

Jak wyglądało życie w Bydgoszczy? Tam zaczęłaś już studia.

Chciałam koniecznie iść na fizjoterapię, więc albo na kierunku medycznym, a to było nieosiągalne, albo studia prywatne. Naszym sponsorem była uczelnia, mieliśmy dużo partnerskich rzeczy, więc te studia były dla nas za darmo. Mieszkanie trzeba było wynająć sobie samemu, ale po opłaceniu wynajmu, na życie zostało tyle co nic. Takie były realia. Potem, gdy poszłam do pracy, to było w porządku.

Wypełniłaś dwuletni kontrakt ze Sportisem. Patrząc na sytuację, rodzice nie chcieli, żebyś wróciła do domu?

Były takie rozmowy, ale nie było ich dużo. Nie namawiali mnie do powrotu, czekali aż sama podejmę decyzję.

Doświadczyłaś realnego wejścia w dorosłość.

Najwięcej nauczyła mnie właśnie ta praca, którą musiałam podjąć. Takiej otwartości i dyscypliny. Musiałam wstać po szóstej, na siódmą do pracy, potem powrót, ugotowałam coś i szłam na trening.

Jak to było z początkami w Poznaniu? Ty przyszłaś do Lecha, czy Lech do ciebie?

Napisałam maila do Tomka Mendrego i odpisał, że zapraszają na dni testowe, bo dużo osób się zgłosiło. Opisałam swoją karierę w tym mailu i okej, nie miałam bogatej kariery zagranicznej, nie grałam od deski do deski w Ekstralidze, pomyślałam "nie chce tu robić z siebie nie wiadomo kogo, chce normalnego traktowania, idę". Dla mnie to był szok, bo trening wyglądał lepiej niż w niejednym zespole Ekstraligi, a tu klub był beniaminkiem na zapleczu. Podejście sztabu i cała organizacja. Wiedziałam, że nic tylko grać.

Jaką trenerką Twoim zdaniem jest Alicja Zając? To naprawdę fenomen, że potrafi już tak “dowozić” na poziomie Ekstraligi, a przecież wspinała się na ten poziom równo z zespołem.

To duży plus tego, że szła szczebel po szczeblu i małymi krokami dociera na szczyt. Wprowadzała się stopniowo do tego poziomu profesjonalnego, który teraz ma, a dalej chce się rozwijać. To jest niesamowite, bo wielu trenerów myśli, że grając w Ekstralidze, to im wystarczy. Tutaj trenerka chce non-stop więcej, od nas też więcej wymaga i cieszę się, że jest z nami. Myślę, że może jeszcze bardzo dużo osiągnąć i jest jedną z lepszych trenerek, na które trafiłam. Patrząc na moją przygodę z piłką, to myślę o Ani Gawrońskiej i o niej.

Wśród zawodniczek w drużynie, która zrobi największą karierę?

U nas jest tyle młodych zawodniczek, które mogą zrobić karierę, że mogłabym wymienić połowę zespołu. Pytanie, czy nie zrobią tego kroku za szybko. Ktoś powie: "Grasz super? To już musisz wyjechać". To wcale tak nie jest. Dużo piłkarek wyjeżdża i wraca. Trzeba mieć dobry timing i patrzeć przede wszystkim na swoje zdrowie. Za granicą poziom jest dużo wyższy. Koleżanka z Francji zmieniła klub w swojej lidze i to już jest przepaść. Ona czuła różnicę między zespołami, które dzieli pięć miejsc w tabeli, a co dopiero my, gdy miałybyśmy teraz wyjechać.

W szatni raczej nie zabierasz głosu, zawsze jesteś skupiona na zadaniu. Dziewczyny nazywają cię “cichą liderką”.

Nie czuję się tak. Dużo ludzi mi o tym mówi i zaczęłam brać to pod uwagę, ale nie czuję się w taki sposób. Tutaj jest tak, że każda jest równa i to jest takie super, że nie ma takich jednostek, które się wybijają i są ponad resztą ludzi.

fot. Tomasz Deska
 

Gdy rozmawiamy, nie sprawiasz wrażenia takiej skrytej. Jaka jest Alicja Piechocka poza boiskiem?

Jestem spokojną osobą, lubię mieć wszystko poukładane, ale jak trzeba się rozerwać, to mam swoje głupawki i wyszaleje się, bo jestem też tylko człowiekiem.

Wiem, że szalejesz najchętniej do disco-polo i weselnych przebojów.

Często! Ostatnio znowu mam okazję, bo kiedyś mieszkając w Koninie, dużo tego słuchałyśmy. Potem zaczął się okres, gdzie pomyślałam, że dorosły człowiek to już nie słucha takich rzeczy (śmiech). A teraz jadąc na trening, czy mecz, to mam kilka takich piosenek, które czasami muszę odpalić.

O czym marzysz w przygodzie z piłką?

Zawsze fajnie by było grać w kadrze. Pojechać na zgrupowanie i zobaczyć, jak się spisuje na tle innych zawodniczek. Marzeniem małej Ali było zagranie z orzełkiem na piersi i choć byłam w kadrach U15 do U19, to nie jest to samo. Myślę, że drzwi do reprezentacji nie są zamknięte, bo gdybym tak pomyślała, to już nie miałabym w sporcie żadnego celu. Na pewno fajnie by było powalczyć o mistrzostwo, ale myślę, że potrzebujemy czasu. W ciągu kilku najbliższych sezonów to będzie realne. To też jest moje marzenie, by zdobyć tytuł i to w dodatku z Lechem. Tak samo już spełniam marzenia, grając o puchar.

Przechodząc do tego pucharowego spotkania - jakiego meczu z GKS-em się spodziewacie?

Jak analizujemy ten mecz, to będzie to coś bardzo podobnego, jak ostatnie spotkanie u nich. Tak obstawiamy. Tylko, że chcemy narzucić trochę więcej swojego stylu i wykorzystywać ich słabsze strony, bo już wiemy, jak mniej więcej u nich to wygląda. Jesteśmy bardziej pozytywnie nastawione, niż to, że oddajemy im piłkę i będziemy czekać, żeby się bronić.

Podchodzicie do tego meczu osłabione kontuzjami Zuzanny Sawickiej i Liwii Prochwicz. Trudno będzie to poukładać?

Na pewno. Jednak to były dwie kluczowe zawodniczki u nas. W pierwszym składzie grały, dużo dawały drużynie, więc ciężko jest to uzupełnić. Ale też mamy dużo fajnych zmienniczek, które myślę, że na pewno sobie poradzą na tych pozycjach. Na te rzeczy niestety teraz nie mamy wpływu.

Duże znaczenie będzie miało to, że kadrowiczki teraz mają napięty tydzień? W sobotę grają ostatni mecz reprezentacji, a już we wtorek wybiegają tutaj.

Trochę im współczuję. Wiem jak to wyglądało, bo ja też jeździłam z jednego meczu na drugi. Byłam podekscytowana, chciałam grać jak najwięcej, ale jednak potem to się odbiło na zdrowiu. Niech się z tego cieszą, no bo co im zostało, to nie jest ich wina, że mają taki kalendarz i dostają tyle minut. Ale no z drugiej strony jest to ciężkie. Gdy my grałyśmy teraz co trzy dni... ja chyba nigdy w życiu nie byłam tak zmęczona (śmiech). Nie sądziłam, że to aż tak wpłynie na organizm.

Towarzyszy wam stres przed grą na Bułgarskiej? Miałyście okazję już tutaj wystąpić, choć to nie to samo. Zresztą nie wspominasz najlepiej swojego spotkania na stadionie, wyleciałaś z czerwoną kartką.

Śmiałam się, że moim celem jest zagrać więcej niż 45 minut. Mamy bardziej tak, że się cieszymy z tego. To dodatkowo nas napędza, a nie daje właśnie takiej presji.

Myśl o tym, że przyjdzie tak dużo osób nie plącze wam nóg? Będzie też prowadzony doping.

No właśnie, więc to nawet lepiej. My jesteśmy tego bardzo ciekawe.

Dużo twoich bliskich znajdzie się na trybunach.

Dokładnie! Chcą nawet przyjechać dziewczyny z Legii Warszawa.

Naprawdę? To niecodzienna sytuacja.

Prawda? Legia za nami i przyjeżdza na nasz mecz (śmiech). Ale wspierają nas, bo odpadły wcześniej z Katowicami, dlatego tak to wyszło.

Jak grałyście z nimi jeszcze w poprzednim sezonie, to była tam jakaś nutka koleżeństwa?

Z naszej strony bardziej rywalizacja. U nas jest jednak dużo Poznanianek, więc wiadomo, jak to wygląda. One były wtedy mniej nastawione bojowo, ale podejrzewam, że teraz już byłoby to bardziej napięte. Ja nawet nie chciałam ich wylosować w pucharze, bo myślę, że z takim zespołem byłoby nawet trudniej, niż z GKS-em, czy Górnikiem. Ale jestem mega zadowolona z losowania.

Twój kontrakt z Lechem wygasa na koniec przyszłego sezonu. Rozumiem, że jest chęć pozostania w Poznaniu.

Jeżeli za rok zostanę w Lechu i ułożę tutaj życie, to super, ale jeśli mnie pokieruje inaczej, to też to zaakceptuję. Myślę, że po skończeniu studiów, chciałabym dodatkowo coś robić, bo nie umiem siedzieć w domu. Gdziekolwiek będę grała w piłkę to poszukam dodatkowych zadań. Jeśli skończę jako fizjoterapeuta, to chętnie przyjmę paru pacjentów, albo zacznę dorabiać w klubie sportowym.

Rozmawiał Jakub Kowalski, dziennikarz portalu Sportowy Poznań

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo