Wymagająca droga Lecha Poznań do trofeum. Te aspekty były kluczowe na przestrzeni całego sezonu
Dla Nielsa Frederiksena to był wyczerpujący sezon, w którym ważyły się nie tylko losy mistrzowskiego tytułu, ale także jego przyszłości. Napisał w klubie wspaniałą historię dlatego cieszy to, że zdecydował się na jej kontynuowanie. Zakończone już rozgrywki miały absolutnie szalony przebieg. Jesienią Lech był daleko od tytułu, wpadł w pewien kryzys. Trener jednak ani razu nie zwątpił w to, że może wyprowadzić klub z trudnej sytuacji. "Nikt prawdopodobnie nie byłby tak głupi, żeby mnie zwolnić"- mówił w listopadzie. Miał rację. Wiosna należała już do jego drużyny i Lech sięgnął po drugie mistrzostwo z rzędu. Co jednak stało za tym, że w pierwszych tygodniach było źle, a następnie zespół odnotował taki progres?
- To była kwestia rozpoczęcia sezonu z wieloma błędami i nowymi zawodnikami. Musieliśmy włączyć do zespołu Rodrigueza, Palmę, Ismaheela, też Bengtssona w miejsce tych, których straciliśmy. W drugą rundę weszliśmy już z większością piłkarzy, mieliśmy z powrotem Alego, który był dla tej drużyny niesamowicie ważny. Także powrót Walemarka okazał się kluczowy. Ale nawet gdybyśmy nie mieli później takiej obsady na skrzydłach, to i tak było lepiej w porównaniu do poprzedniego sezonu. Teraz mieliśmy znacznie więcej zawodników do wyboru. Poziom zespołu bez wątpienia był wyższy - podkreślił Niels Frederiksen na poniedziałkowym spotkaniu z dziennikarzami.
Trener wskazał mecz, który okazał się tym najistotniejszym w jego odczuciu. Wybór nie powinien dziwić, bo choć tuż po nim drużyna zanotowała trzy porażki z rzędu, to właśnie tamta wygrana pomogła zbudować szatnię na resztę sezonu.
- Było wiele ważnych momentów w tym sezonie, ale gdybym miał wskazać jeden, to zwycięstwo nad Rakowem. Strzeliliśmy w ostatniej chwili i to było dla nas ważne zwycięstwo. W tamtym momencie mogliśmy czuć wrażenie, że mamy możliwości do obrony mistrzostwa. Musimy jednak szczerze powiedzieć, że byliśmy z tyłu przez większość sezonu. Wygrana z Górnikiem też bardzo ważna, bo moglibyśmy tracić w tamtej chwili może nawet jedenaście punktów do lidera - zaznaczył Duńczyk.
Wbrew pozorom, Bułgarska nie była twierdzą Kolejorza w tym sezonie. W meczach domowych Lech punktował średnio, rozczarowując przy tym kibiców, którzy ustanowili absolutny rekord frekwencji w XXI wieku. Mistrzowie kraju nie mieli sobie za to równych, jeśli chodzi o pojedynki wyjazdowe. W całej lidze nie było lepiej punktującego zespołu w delegacjach, a trener podzielił się swoimi spostrzeżeniami odnośnie tego zjawiska.
- Nie jestem pewien, czy cieszę się z powodu, dla którego byliśmy lepsi na wyjazdach, ale działo się tak, gdy pozwalaliśmy grać więcej przeciwnikowi. Traciliśmy trochę swojej jakości, ale i tak było nam łatwiej, bo drużyny grając u siebie, trochę bardziej się otwierają na boisku. Potrafiliśmy kontrolować te mecze, w których nie byliśmy cały czas na wysokim poziomie z piłką przy nodze, czekaliśmy trochę na przeciwnika. Szczerze mówiąc, chciałbym żebyśmy byli bardziej agresywni, ale ostatecznie myślę, że to było sensowne, by trochę zwolnić i kontrolować przebieg meczu - powiedział Frederiksen.
O Lechu Poznań można przeczytać w mediach wiele zasłużonych pochwał, ale nie brakuje też opinii sugerujących, że Kolejorz to najsłabszy mistrz Polski od wielu lat. Są to najczęściej słowa opierane wyłącznie na statystyce zdobytych punktów na tle pozostałych sezonów, co nie podoba się Duńczykowi.
- Rozumiem te argumenty, ale po co nas krytykować? Co z innymi drużynami? Jeżeli my byliśmy tak źli, to dlaczego nikt inny nie wygrał mistrzostwa. Możemy powiedzieć, że mieliśmy dużo złych drużyn w tym sezonie, więc czemu nie krytykować tych, które były nawet gorsze od nas? Rozumiem, że był niski poziom punktowania, ale znalazłoby się więcej lepszych powodów do oceny. Zdobyliśmy mniej punktów, niż sami byśmy oczekiwali, ale to był naprawdę szalony sezon - podkreślił szkoleniowiec Lecha.
Zmiany będą konieczne dla dalszego rozwoju. Transfery? "Przygotowujemy się na wszystkie pozycje"
W przyszłym sezonie jednym z priorytetów Lecha będzie poprawienie statystyk w meczach domowych, bo przecież mistrzowi Polski nie przystoi rozdawać rywalom punkty na własnym stadionie. Ba! Punkty ligowe jeszcze da się odrobić, lecz gorzej z rozgrywkami europejskimi, w których każdy mecz, szczególnie w kwalifikacjach, jest niezwykle istotny. Na to także zwrócił uwagę Niels Frederiksen, wracając do meczów z Crveną zvezdą oraz KRC Genk.
- Chciałbym zmienić oblicze spotkań domowych w Europie. Mogliśmy poradzić sobie lepiej, a byliśmy zbyt otwarci i zbyt skupieni na tym, by tutaj powalczyć o dobry rezultat, zamiast powiedzieć sobie, że okej, remis u siebie też jest dobry, bo mecze wyjazdowe pokazały, że potrafimy. Może rywale już nie byli nastawieni na 100 proc. po wysokich zwycięstwach na naszym stadionie, ale wciąż graliśmy lepiej na wyjazdach, niż w domu. Wchodzimy w nowy sezon europejskich pucharów z podejściem, że nie musimy wygrywać 3-0 u siebie. Czasem remis lub skromna wygrana 1-0 też będzie okej - stwierdził.
Lato zapowiada się intensywnie. Klub nie zakłada transferowej rewolucji, ale nie da się ukryć, że część zawodników odejdzie, a zatem będzie trzeba dokonać wzmocnień i uzupełnień. Wiadomo, że w pierwszej kolejności klub skupi się na tym, by zachować jakość na pozycjach, na których pojawią się braki.
- Transfery zależeć będą od tego, kto zostanie sprzedany. Może sprzedamy Kozubala, nie wiemy co z Luisem, co z Ismaheelem. Jeśli chodzi o nową szóstkę, to też pamiętajmy o powrotach. Wrócił Murawski w ostatnich tygodniach, będzie w pełni gotowy na okres przygotowawczy. Oczywiście ta pozycja będzie tą, na którą będziemy szukać wzmocnień. Potem może będziemy szukać skrzydłowego. Przygotowujemy się na wszystkie pozycje - powiedział trener.
Jednym z najważniejszych transferów będzie też znalezienie odpowiedniego zastępstwa dla Sindre Tjelmelanda. Asystent Nielsa Frederiksena po dwóch latach wraca do Norwegii, gdzie już w roli "jedynki" na ławce obejmie Molde FK.
- Mieliśmy bardzo udaną współpracę przez dwa lata, ale znam jego ambicje i nie jest to dziwne, że gość z taką jakością chce być pierwszym trenerem. Jestem pewien, że będziemy w stanie go zastąpić, czasem trzeba dodać nową energię. To nie tylko wśród zawodników, ale w sztabie również. On przychodząc tutaj dał dużo tej energii, a teraz nowy asystent wniesie jej też sporo - przekonywał Duńczyk.
Trener usłyszał pytanie o Karola Linettego, czy Dawida Kownackiego. Odpowiedział bardzo dyplomatycznie.
- Obserwuje wielu zawodników i na listach jest ich wielu, ale nie komentuje nazwisk. Uważam, że mamy dobre możliwości na prawie każdą pozycję od napastnika do bramkarza - zakończył z uśmiechem na ustach.
Komentarze (0)