reklama

Życie po życiu Marcina Kikuta. "Patrzę na swoją drogę z wdzięcznością". [WYWIAD]

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Życie po życiu Marcina Kikuta. "Patrzę na swoją drogę z wdzięcznością". [WYWIAD] - Zdjęcie główne
Autor: Marcin Kikut/archiwum prywatne | Opis: Marcin Kikut znalazł swoją drogę po przedwczesnym zakończeniu kariery piłkarskiej. Teraz pomaga młodzieży.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożnaMarcin Kikut jest żywym przykładem na to, że z miłością do piłki nożnej trudno zerwać nawet po wyjątkowo bolesnej końcówce kariery. Były prawy obrońca Lecha Poznań zdołał jednak znaleźć w sobie siłę, by przekuć swoje niepowodzenia w pasję, która dała mu szczęście na nowej drodze życia. Dawny piłkarz spełnia się teraz w dziedzinie psychologii sportowej, a niedawno wydał nawet swojego e-booka:"Rozwój mentalny młodego sportowca". W rozmowie z nami opowiedział między innymi o największych problemach współczesnych, młodych piłkarzy, podzielił się wskazówkami dla rodziców i ocenił poziom szkolenia akademii Kolejorza.
reklama
reklama

Marcin Kikut zamienił trudne chwile w sukces."Udało mi się spojrzeć na swoją przeszłość z odpowiedniej perspektywy"

Opinia publiczna szerzej znała Pana z działalności biznesowej w zakresie hotelarstwa. Tymczasem na rynku pojawił się e-book Pańskiego autorstwa o tytule: "Rozwój mentalny młodego sportowca". Co zaważyło na tym, że on powstał i może teraz służyć pomocą nie tylko zawodnikom i ich rodzicom, ale też trenerom?

reklama

To wszystko jest mocno związane z rozwojem osobistym, który towarzyszy mi od wielu lat. Prowadząc biznes i jednocześnie wracając myślami do swojej kariery piłkarskiej coraz częściej dostrzegałem znaczenie sfery mentalnej oraz zdrowia psychicznego. Był to dla mnie naturalny powrót do świata sportu, który przez wiele lat był moją największą pasją. Po zakończeniu kariery zacząłem zastanawiać się, w jaki sposób mogę się ponownie związać z piłką nożną. Od początku wykluczałem rolę trenera piłkarskiego czy menedżera, mimo, że otrzymywałem takie propozycje. Szukałem innej drogi. Tak trafiłem do Akademii Trenerów Mentalnych, gdzie mogłem połączyć swoje doświadczenia sportowe z zainteresowaniem rozwoju człowieka. Jednocześnie wiele mechanizmów, które poznałem w sporcie od lat wykorzystywałem również w biznesie. Z czasem zacząłem łączyć te doświadczenia, wartości i przemyślenia, co doprowadziło do powstania e-booka. To ponad sto stron wiedzy, praktycznych wskazówek i osobistych doświadczeń, które zebrałem na przestrzeni wielu lat. Dzięki tej publikacji mogłem uporządkować własną drogę i jednocześnie ponownie znaleźć się blisko sportu, który wciąż pozostaje ważną częścią mojego życia.

reklama

Od razu na wstępie odgrodził Pan opcje zostania trenerem czy menedżerem. Było to związane z brakiem możliwości połączenia sfery biznesowej z tak angażującymi rolami, czy może od razu Pan poczuł, że ta ścieżka w sporcie po prostu nie jest dla Pana? 

W pewnym momencie będąc trenerem w jednym z klubów pod Poznaniem zacząłem zastanawiać się nad tym, w jakim kierunku chciałbym rozwijać swoje życie zawodowe. Był to okres, w którym mój biznes dynamicznie się rozwijał, a jednocześnie byłem blisko piłki nożnej - najpierw pracując z zawodnikami U-10, później z młodzieżą i seniorami. To doświadczenie pozwoliło mi świadomie ocenić, czy jestem w stanie połączyć rozwijanie ambitnego przedsiębiorstwa z pracą trenera lub menedżera. Doszedłem do wniosku, że w moim przypadku byłoby to bardzo trudne. Oczywiście można próbować robić wiele rzeczy jednocześnie, ale często odbywa się to kosztem jakości. Ja zawsze stawiałem na pełne zaangażowanie, dlatego zdecydowałem się skoncentrować na biznesie i zrezygnować z bezpośredniego udziału w projektach sportowych. Pojawiła się nawet opcja wejścia w środowisko menedżerskie. Serce zabiło mocniej, bo piłka nożna była ważną częścią mojego życia, ale jeszcze jadąc na spotkanie wiedziałem, że moja odpowiedź będzie odmowna. Czułem, że to nie był kierunek, który chciałem wtedy obrać. Jednocześnie od zawsze interesowała mnie psychologia, rozwój osobisty i analiza zachowań ludzi. To obszary, które są niezwykle ważne również w sporcie, dlatego naturalnie zacząłem szukać swojej drogi właśnie w tej przestrzeni. 

reklama

Czuje Pan szczęście, biorąc pod uwagę miejsce, w którym aktualnie się Pan znajduje? Nie ma co ukrywać, że zarówno w karierze sportowej jak i biznesowej miał Pan wzloty, ale też i bolesne upadki. Tymczasem z tych wypowiedzi chyba można wywnioskować, że trafił Pan do takiego miejsca, do którego właśnie miał trafić. 

Tak, analizując wszystkie swoje ścieżki i trudne sytuacje, których rzeczywiście było sporo łącznie z zakończeniem kariery piłkarskiej, co również nie było łatwym momentem, doszedłem do wniosku, że warto nadać tym doświadczeniom jakiś sens. Zawsze lubiłem inspirować i wspierać młodych ludzi w sporcie i dlatego naturalnie zacząłem kierować się w stronę pracy mentalnej i rozwojowej. To wszystko zaczęło się ze sobą łączyć. Z jednej strony były moje doświadczenia sportowe i biznesowe, z drugiej wiedza zdobyta w Akademii Trenerów Mentalnych. Zacząłem też pytać osobę z zewnątrz, czy moja historia rzeczywiście jest wartościowa i czy warto się nią dzielić. Nie chciałem na to patrzeć wyłącznie przez pryzmat moich odczuć. Oczywiście nie osiągnąłem takich sukcesów choćby jak mój były kolega z drużyny Robert Lewandowski, ale z drugiej strony wiem, że wielu młodych zawodników z chęcią zamieniłoby się na moją drogę i doświadczenia. Z czasem nauczyłem się doceniać to, co przeżyłem i osiągnąłem. Patrząc na swoje wzolty i upadki zacząłem dostrzegać w nich autentyczność i wartość, którą mogę dziś przekazać innym. Dzięki doświadczeniemu życiowemu, pracy trenerskiej i narzędziom zdobytym w akademii, udało mi się spojrzeć na swoją przeszłość z odpowiedniej perspektywy i zamienić te doświadczenia w przekaz, który może pomóc innym.

Wspomniana książka "Rozwój mentalny młodego sportowca" z tego, co Pan opisuje przypomina zatem taki pamiętnik spisany na przestrzeni całej kariery. Zdecydował się Pan właśnie na taką formę czy może raczej jest to stricte poradnik? 

Łączy trochę jedno i drugie, ale zdecydowanie bliżej mu do poradnika. Powiedziałbym, że w około 70 procentach jest to praktyczny przewodnik oparty na teorii i konkretnych narzędziach, a w 30 procentach moja historia i doświadczenia. Zależało mi na tym, żeby nie pisać wyłącznie z perspektywy teorii, ale pokazać również, skąd biorą się pewne wnioski i w jakich okolicznościach sam do nich dochodziłem. Dzięki temu czytelnik dostaje nie tylko wiedzę, ale też kontekst i autentyczność. W książce poruszam wiele obszarów związanych z rozwojem mentalnym, pewnością siebie, radzeniem sobie z emocjami czy budowaniem właściwych nawyków. Jednym z elementów, o których również wspominam, jest manifestacja i świadome zapisywanie swoich myśli, celów oraz marzeń. Sam korzystałem z takich narzędzi już jako młody zawodnik i z czasem przekonałem się, jak dużą wartość daje uporządkowanie własnych myśli na papierze. To pomaga skupić się na tym, na co mamy realny wpływ, wyciszyć nadmiar emocji i spojrzeć na swoje cele z większą świadomością. Właśnie dlatego od początku chciałem połączyć teorię z praktyką i własnymi doświadczeniami, bo uważam, że taki przekaz jest najbardziej wartościowy dla młodego sportowca.

Ktoś szczególnie zainspirował Pana do wyboru tej ścieżki kariery? Nie ma co ukrywać, że miał Pan w swojej karierze jako piłkarz wielu charyzmatycznych i charakterystycznych trenerów na czele z samym Franicszkiem Smudą. Któryś ze szkoleniowców już na wczesnym etapie życia skierował Pana właśnie na tę drogę ku aspektom związanych z mentalnością?

Przyznam szczerze, że byłem trochę samoukiem i pasjonatem psychologii w sporcie. Od początku bardzo uważnie obserwowałem trenerów, z którymi pracowałem. Starałem się wyciągać wnioski z każdej współpracy i uczyć się od każdego z nich czegoś wartościowego. Miałem okazję pracować z wieloma szkoleniowcami, w tym także z czterema selekcjonerami reprezentacji Polski, więc tych doświadczeń nazbierało się naprawdę dużo. Po latach często wracałem myślami do tamtych szatni i analizowałem różne sytuacje. Interesowało mnie nie tylko to, co działało, ale również to, co nie przynosiło oczekiwanych efektów. Obserwowałem, jak sposób komunikacji, budowanie relacji czy zarządzanie emocjami wpływały na drużynę i poszczególnych zawodników. Nie było jednej osoby, która skierowała mnie w stronę treningu mentalnego. Raczej przez całą karierę zbierałem te doświadczenia, obserwacje i refleksje, a z czasem zacząłem układać je w swoją własną filozofię pracy z ludźmi i sportowcami.

fot. Marcin Kikut/ archiwum prywatne

Właściwą mentalność w sporcie wynosi się z domu. "Odpowiedzialność rodziców i trenerów nie kończy się na rozwoju sportowym"

Nie ma, co ukrywać, że praca z najmłodszymi adeptami futbolu w dzisiejszych czasach jest szczególnie trudna, biorąc pod uwagę skrajnie różne problemy, które towarzyszyły graczom z Pańskiego pokolenia. Trudno było wejść w skórę piłkarzy zaczynających swoją przygodę z futbolem i zrozumieć z czym się obecnie mierzą?

Tak, obecnie doświadczamy zdecydowanej różnicy pokoleń. Nastąpiło olbrzymie przyspieszenie rozwoju. Szczególnie wszystkie te bodźce kreują zupełnie inną rzeczywistość. My jako trenerzy, rodzice i opiekunowie, kształtując młodych piłkarzy i nadając pewien ton ich mindsetom, jesteśmy dziś zdecydowanie ważniejsi niż w momencie, kiedy sam byłem młodym chłopakiem. Wtedy okoliczności w dużej mierze same kreowały system. Były to trudniejsze czasy, które budowały silniejszych ludzi. Dzisiaj jako pokolenie rodziców, millenialsów, jesteśmy silni, podobnie jak poprzednie pokolenie X. Jednocześnie mam poczucie, że dziś mamy bardzo dużo utalentowanych chłopaków, a ich skala jest zdecydowanie większa niż w czasach, gdy sam rozwijałem się jeszcze we Wronkach.
Poziom talentu wielu z nich jest naprawdę imponujący. Właśnie dlatego coraz większa odpowiedzialność przechodzi na rodziców, opiekunów i trenerów. To na tych grupach spoczywa dziś duży ciężar wspierania rozwoju młodych ludzi, co jest zupełnie innym zjawiskiem niż w czasach, które pamiętam. Za każdym razem uciekam od porównań, co było kiedyś, a co jest dzisiaj. Po prostu dzisiaj trzeba znaleźć właściwe narzędzia, tak jak trzeba było znaleźć je wtedy. Należy wskazać obszary, które są kluczowe i strategiczne, a jednym z nich bez wątpienia jest rozwój mentalny. I uwaga, nie dotyczy on wyłącznie samych chłopaków, ale przede wszystkim ich rodziców i trenerów. Według mnie właśnie tam znajduje się ogromny potencjał, który może sprawić, że talent młodego zawodnika naprawdę rozbłyśnie i pozwoli mu dojść do poziomu, na jaki go stać.

Mógłby Pan doprecyzować pod jakimi względami ta odpowiedzialność opiekunów jest aż tak kluczowa w kontekście młodych piłkarzy? W dzisiejszych czasach możemy stwierdzić, że tym krytycznym punktem w kontekście młodych ludzi, dzieci, są media społecznościowe i spędzanie czasu w telefonach. To jest ten krytyczny punkt odpowiedzialności, by kontrolować ich używanie?

Przede wszystkim uważam, że głównym błędem jest przenoszenie metod wychowania i pracy z naszych czasów do dzisiejszej rzeczywistości. Wychowywaliśmy się w zupełnie innych warunkach, bez takiej liczby bodźców i rozpraszaczy. Dzisiaj młodzi ludzie funkcjonują w całkowicie innym świecie. Kiedy opowiadamy im o graniu na "cegłówkach" czy realiach naszego dzieciństwa, często jest to dla nich jak opowieść w obcym języku. Dlatego rodzice, opiekunowie i trenerzy muszą przede wszystkim rozwijać siebie i uczyć się komunikacji z młodym pokoleniem. Nie chodzi jednak o to, żeby rezygnować z konsekwencji, odpowiedzialności czy stawiania granic, bo te wartości zawsze były, są i będą ważne. Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób je komunikujemy. Dzisiaj trzeba znaleźć odpowiedni balans pomiędzy twardymi a miękkimi narzędziami. Jeżeli piętnastolatek trenuje w Akademii Lecha Poznań, to już funkcjonuje na poziomie sportu zawodowego i granice muszą być jasno określone. Z drugiej strony ten sam chłopak po wyjściu z treningu wraca do świata pełnego bodźców, mediów społecznościowych i rozpraszaczy. Dlatego tak ważne stają się umiejętności miękkie, budowanie pewności siebie, zrozumienie prawa do popełniania błędów, nauka radzenia sobie z emocjami czy budowanie wewnętrznego spokoju. Tego między innymi nauczyła mnie Akademia Trenerów Mentalnych. Dziś uważam, że odpowiedzialność rodziców i trenerów nie kończy się na rozwoju sportowym. W dużej mierze polega również na tym, by pomóc młodemu człowiekowi odnaleźć się w rzeczywistości, która jest dużo bardziej wymagająca pod względem mentalnym niż kiedyś.

Czy w związku z bardzo mocnym stawianiem na kompetencje miękkie, ze względu na te różnice występujące w świecie dzisiejszej młodzieży, taka twardość w gruncie rzeczy nie jest już w cenie? Dzisiaj trener musi być bardziej takim przyjacielem, kumplem aniżeli szefem?

Ja bym to trochę zmiksował i mimo wszystko zostałbym tym szefem. Zostałbym wymagającym trenerem, ale takim, który potrafi komunikować swoje wymagania w sposób spokojny, świadomy i dopasowany do zawodnika. Kluczowa jest właśnie forma komunikacji. Kiedyś bardzo często zastępował ją krzyk i ciągła presja zza linii bocznej. Pamiętam jednego z trenerów w Akademii Amiki Wronki, który krzyczał tak dużo, że jako młody chłopak modliłem się, żeby nie trafić do jego drużyny. Paradoks polegał na tym, że taki awans powinien mnie cieszyć, a ja zwyczajnie się go bałem. Cały czas słyszałem tę przysłowiową "syrenę" z boku boiska. Dzisiaj takie podejście byłoby trudne do zaakceptowania, ale to nie oznacza, że trener ma stać się kolegą czy kumplem zawodników. Nadal musi istnieć granica, konsekwencja i jasna struktura pokazująca, kto odpowiada za zespół. Trener powinien być liderem, który potrafi wymagać, ale jednocześnie umie dotrzeć do zawodnika odpowiednim językiem. Według mnie właśnie takie połączenie twardych zasad i miękkiej komunikacji jest dziś najskuteczniejsze.

Mówiąc o tej presji, biorąc pod uwagę, jak Pan pracuje z bardzo młodymi zawodnikami, już trochę Pan oswaja ich z tym aspektem, który ciąży później na piłkarzach? Stają się oni tego świadomi i też czują jej znaczenie, czy to jest jeszcze taki etap, w którym cieszą się piłką jako sportem i jeszcze jest im daleko do tych problemów, jakie potem będą mieli pewnie w wieku nastoletnim, kiedy już ta kariera zacznie nabierać rozpędu?

To już jest szerszy temat związany z filozofią danego klubu i wizją rozwoju młodych zawodników. W klubach regionalnych czy gminnych uważam, że w przypadku dzieci w wieku 10, 11 czy 12 lat wywieranie dużej presji nie jest ani zasadne, ani potrzebne. W tym wieku przede wszystkim musi być obecna radość z gry. I znowu wracamy do słowa "balans". Prowadząc dziesięciolatków czasami przechylałem szalę trochę bardziej w stronę wymagań i odpowiedzialności, ale zawsze starałem się zachować odpowiednie proporcje. Widziałem po ich oczach, że czasami schodzili z boiska zestresowani czy przestraszeni. Ktoś może powiedzieć, że mocno naciskałem i pewnie będzie w tym trochę prawdy, ale jednocześnie zawsze starałem się to później wyhamować. Była piątka, dobre słowo, wsparcie i pokazanie, że niezależnie od wyniku czy błędu wykonali dobrą pracę. Chodziło o to, żeby budować odpowiedzialność, ale nie odbierać radości z gry. W przypadku dzieci w wieku 10–12 lat bardzo ważne jest pokazywanie, że porażka, słabszy mecz czy błąd są naturalną częścią rozwoju. Za każdym razem starałem się zdjąć z nich część tego smutku i pokazać, że to doświadczenie, z którego można wyciągnąć coś dobrego. Uważam, że właśnie takie zbalansowane podejście jest kluczowe, choć oczywiście wiele zależy od miejsca i filozofii pracy. Zresztą sporo miejsca poświęcam temu aspektowi w czwartym rozdziale e-booka, gdzie piszę o radości z uprawiania sportu. To bardzo ważny temat również dla rodziców i opiekunów, bo niezależnie od poziomu sportowego najważniejsze jest, żeby dziecko nie traciło tego błysku w oku.

Ten błysk w oku jest odbierany na przykład przez to, że rodzice stoją przy bandach na meczach i krzyczą w trakcie spotkań, wywierając presję na swoim dziecku? To taki prominentny przykład, jakich zachowań unikać w drodze do tego, by dziecko rozwijało się piłkarsko w sposób właściwy od samego początku? 

Zdecydowanie. Piszę o tym również w czwartym rozdziale e-booka i szczerze mówiąc uważam, że są to treści, z którymi powinien zapoznać się każdy rodzic młodego sportowca. Bardzo często podczas meczów, szczególnie w kategoriach U-10, U-11 czy U-12, obserwuję sytuacje, w których rodzice dają się ponieść emocjom i całkowicie zapominają, jaka jest ich rola. A jest ona bardzo prosta – wspierać, oklaskiwać i budować poczucie bezpieczeństwa. Przez dwa lata jeździłem z drużyną U-10 po klubach w całej Wielkopolsce i niejednokrotnie byłem świadkiem zachowań, które zwyczajnie mnie szokowały. W wielu przypadkach to właśnie rodzice odbierali dzieciom radość z gry, wywierając na nich niepotrzebną presję albo przenosząc na nich własne emocje. Sam również miałem okazję pracować z grupą rodziców, z którymi musiałem stawiać jasne granice i rozmawiać o tym, jakie zachowania są dopuszczalne, a jakie nie. Uważam, że rodzice stojący przy linii bocznej powinni kierować się pewnym kodeksem zachowań. Jeżeli nie potrafią uszanować tych zasad i swoim zachowaniem szkodzą dzieciom lub drużynie, klub powinien reagować, a w skrajnych przypadkach nawet wypraszać takie osoby z meczów czy treningów. Właśnie dlatego w mojej książce sporo miejsca poświęcam nie tylko młodym zawodnikom, ale również rodzicom. W pewnym sensie jest to także warsztat mentalny dla nich, bo bardzo często to od ich postawy zależy, czy dziecko zachowa radość z uprawiania sportu.

A jakie krytyczne przypadki, by Pan wyodrębnił na podstawie doświadczeń? Sądzę, że to akurat jest bardzo ciekawe, bo często ten temat z pozoru się bagatelizuje sprowadząc trochę do takich postaw wręcz kabaretowych. W takich scenkach to zazwyczaj rodzice krzyczą i wpływają na to, gdzie dziecko ma podać piłkę, kiedy wejść w drybling, strzelić itp. itd. 

To są w ogóle komunikaty, które moim zdaniem nie powinny padać z trybun. Każdy komunikat wchodzący w kompetencje trenera powinien być pozostawiony trenerowi, a niestety w praktyce bardzo często wygląda to inaczej. Rodzice podpowiadają, gdzie podać
piłkę, kiedy strzelać, jak się ustawić czy kogo kryć. W efekcie dziecko zamiast skupić się na grze, słyszy kilka różnych źródeł poleceń jednocześnie. To wprowadza chaos i niepotrzebne napięcie. Jeszcze większy problem pojawia się wtedy, gdy do gry wchodzą emocje. Faul, kontrowersyjna decyzja sędziego czy nieporozumienie na boisku potrafią sprawić, że niektórzy rodzice całkowicie tracą kontrolę nad swoim zachowaniem. Byłem świadkiem sytuacji, w których mecz trzeba było na chwilę zatrzymać właśnie z powodu zachowania dorosłych. Sam również pamiętam momenty, kiedy emocje wokół boiska były tak duże, że wszyscy musieliśmy się zatrzymać i ochłonąć. Dlatego uważam, że kluby powinny jasno określać zasady zachowania rodziców i konsekwentnie ich przestrzegać. W skrajnych przypadkach, kiedy ktoś swoim zachowaniem szkodzi dzieciom, drużynie czy atmosferze wokół meczu, powinny być wyciągane konkretne konsekwencje. Najważniejsze jest jednak to, żeby pamiętać, że mecz dzieci nie jest miejscem do realizowania ambicji dorosłych. To przestrzeń do nauki, rozwoju i czerpania radości z gry.

fot. Marcin Kikut/archiwum prywatne

Gdy rozmawia Pan ze swoimi młodymi podopiecznymi podczas sesji grupowych i zajęć poświęconych aspektom mentalnym, istnieją jakieś wspólne, fundamentalne problemy, które zasługują na szczególną uwagę? Dostrzega Pan coś, co w szczególności zagraża szerszej grupie początkujących piłkarzy?

Raczej nie ma jednego konkretnego problemu, który wybrzmiewałby najmocniej. Pracując z dzieciakami poruszam różne obszary związane z rozwojem mentalnym i nie jest tak, że ktoś wprost wskazuje źródło swoich trudności czy mówi o konkretnych sytuacjach. Natomiast jest jeden temat, który powtarza się zdecydowanie najczęściej. To pewność siebie. Mam poczucie, że bardzo wielu młodych zawodników mierzy się właśnie z jej brakiem lub z trudnością w jej budowaniu. Co ciekawe, pewność siebie nie rodzi się wyłącznie na boisku. Ja patrzę na nią przez pryzmat trzech obszarów. Pierwszym i najważniejszym jest dom rodzinny oraz relacje z rodzicami. Drugim jest środowisko społeczne, czyli szkoła, rówieśnicy i otoczenie, w którym funkcjonuje młody człowiek. Dopiero trzecim obszarem jest dojrzałość i świadomość samego siebie, kiedy człowiek zaczyna budować pewność siebie bardziej od środka. Dlatego często powtarzam, że fundamentem pewności siebie są rodzice. To właśnie tam wszystko się zaczyna i tam młody człowiek buduje swoje pierwsze przekonania o sobie, swoich możliwościach i wartości.

Czyli to nie jest kwestia tego, że młody piłkarz nie ma tej pewności siebie, bo raz popełni błąd na boisku w meczu czy na treningu i boi się decyzyjności, przejęcia odpowiedzialności w meczu? Bardziej chodzi o to, jak ewentualnie reagują rodzice i czy narazi się na to, że jego środowisko go brzydko powiem napiętnuje?

Tak, właśnie o taką pewność siebie chodzi, niekoniecznie tę boiskową. Na boisku dzieci najczęściej czują radość, bo to jest ich świat. Tam chcą być, rozwijać się i przeżywać emocje związane z grą. Problem często pojawia się dopiero po meczu czy treningu, kiedy wracają do domu i nie znajdują bezwarunkowego poczucia bezpieczeństwa. Z mojego doświadczenia wynika, że czasami z pozoru wszystko wygląda dobrze. Rodzic jest spokojny, zaangażowany, dużo rozmawia z dzieckiem i ma dobre intencje. Mimo to nawet w takich relacjach można popełniać błędy. Wystarczy, że po meczu, jadąc samochodem, rodzic zaczyna wchodzić w kompetencje trenera. Zaczyna analizować decyzje, zadawać pytania i dokładać do tego własne emocje. Przykładowo pada pytanie: „Dlaczego trener cię zdjął?”. Z pozoru wydaje się ono niewinne, ale tak naprawdę podważa autorytet trenera i uruchamia w młodym zawodniku lawinę niepotrzebnych emocji. Przecież to trener obserwuje zawodnika przez cały tydzień, zna jego możliwości, widzi przebieg meczu i podejmuje decyzje z określonych powodów. Tymczasem młody chłopak w wieku 10, 12 czy 14 lat chłonie takie komunikaty jak gąbka. Im więcej tego typu przekazów słyszy, tym bardziej zaburza się jego sposób postrzegania sytuacji, relacji z trenerem i samego siebie. Dlatego właśnie tak ważne jest, aby dom był miejscem wsparcia, a nie dodatkowej oceny czy analizy tego, co wydarzyło się na boisku.

Rozumiem, że Pański e-book ma na celu zaprezentować sformułowane złote środki dla każdego przypadku problemów? Czy to już bardziej kwestia indywidualnych rozmów?

Subiektywnie uważam, że jest to bardzo wartościowy i uniwersalny podręcznik, również dla osób związanych z innymi dyscyplinami sportu. Pokazuję w nim pewną drogę, charakter i proces dochodzenia do określonych celów, począwszy od tego, jak wszystko się zaczynało i w jakich okolicznościach przebiegał rozwój. Oczywiście nie ma jednego złotego środka, który sprawdzi się u każdego, bo każdy człowiek ma swoją historię i własne doświadczenia. Natomiast poruszam tam kluczowe obszary związane z radością uprawiania sportu, rozwojem mentalnym, budowaniem pewności siebie i świadomością, że nie każdy młody zawodnik będzie grał w Ekstraklasie. To jednak nie oznacza, że nie może odnieść sukcesu w życiu. Dobrym przykładem jest moja własna droga po zakończeniu kariery piłkarskiej. Myślę, że ta książka może pomóc rodzicom, trenerom i młodym sportowcom spojrzeć szerzej na proces rozwoju oraz zadać sobie ważne pytania: czy dobrze prowadzę siebie, czy rozwijam swoje kompetencje, czy tworzę odpowiednie środowisko do rozwoju młodego człowieka? W tych ponad stu stronach zawarłem zarówno teorię, jak i praktykę. Zależało mi na tym, żeby każdą ważną myśl poprzeć własnym doświadczeniem, bo właśnie wtedy przekaz staje się bardziej autentyczny i wiarygodny.

Kończąc wątek problemów młodych graczy chciałbym się odnieść do innego aspektu, który łączy się z problemami związanymi z psychiką młodych graczy, a mianowicie uzależnienia od social-mediów. Trzeba przyznać, że oni już wyrośli w tym świecie smartfonów, które stały się przedłużeniem ich rąk. Wróćmy zatem do tematu odpowiedzialności za podopiecznych. Czy pracując nad ich mentalnością idzie Pan na wojnę z mediami społecznościowymi?

To bez wątpienia jedno z największych zagrożeń, z jakimi mierzą się dziś młodzi ludzie. Nie ma co ukrywać, że media społecznościowe i smartfony bardzo skutecznie odciągają uwagę każdego z nas. Z drugiej strony nie jestem zwolennikiem wojny z technologią, bo ona sama w sobie nie jest ani dobra, ani zła. To narzędzie, które można wykorzystać zarówno w niewłaściwy, jak i bardzo wartościowy sposób. Przykładowo młody zawodnik może obejrzeć nagranie swojego treningu czy meczu i przeprowadzić własną analizę. Może również korzystać z materiałów edukacyjnych czy narzędzi wspierających rozwój. Kluczowe staje się więc nie samo korzystanie z telefonu, ale umiejętność zarządzania swoją uwagą i koncentracją. To właśnie nad tym staram się pracować z młodymi zawodnikami. Dzisiaj liczba bodźców jest ogromna, dlatego umiejętność skupienia się na zadaniu, wyciszenia rozpraszaczy i utrzymania koncentracji staje się jedną z najważniejszych kompetencji. Dużą rolę odgrywa tutaj również wizualizacja, z której sam korzystałem zarówno jako młody zawodnik, jak i później w pierwszym zespole Lecha Poznań. Trening koncentracji, wizualizacja czy odpowiednie przygotowanie mentalne przed meczem mogą być świetnym uzupełnieniem pracy sportowej. Oczywiście wymaga to systematyczności i zaangażowania, ale daje bardzo dobre efekty w dłuższej perspektywie.

Lech wzorem dla innych akademii?"Nie rekomendowałbym tworzenia wyłącznie grzecznych piłkarzy"

Zbiera Pan już coraz większe doświadczenie z młodymi zawodnikami, co wyraźnie wybija z naszej rozmowy. Zastanawiam się, czy już Pan myśli o tym, żeby przeskoczyć na wyższy poziom i sprawować opiekę nad starszymi zawodnikami, którzy już pukają do drzwi seniorskiego futbolu? Nie ma co ukrywać, że w przypadku Lecha Poznań ta kuźnia talentów pracuje na najwyższych obrotach dostarczając kolejnych niesamowitych zawodników, ale zdarzają się również gracze, którzy lądują na mieliźnie, wychowując się w takich samych warunkach.

Przez ostatni okres powoli zmierzam w tym kierunku. Robię to jednak krok po kroku, bez wewnętrznej presji i bez wywierania na sobie oczekiwań. Wszystko rozwija się bardzo naturalnie. Zaczynałem od pracy z chłopakami w okolicach dziesiątego roku życia, później miałem kilkumiesięczną współpracę z osiemnastolatkiem, a dzisiaj pracuję również z szesnastolatkiem, który rozwija się w jednej z najlepszych akademii piłkarskich w Polsce. Widać więc, że ten proces stopniowo przesuwa się w stronę starszych zawodników. Jednocześnie cały czas się uczę, obserwuję i rozwijam swoje narzędzia pracy. Sam narzędziownik nie wystarczy, bo każdy zawodnik jest inny i nie każdy potrzebuje tego samego wsparcia w tej samej formie. Dlatego staram się być bardzo uważny, słuchać i wyciągać wnioski z informacji zwrotnych, które dostaję od tych chłopaków. Na ten moment zostawiam sobie przestrzeń na rozwój i obserwuję, dokąd mnie to zaprowadzi. Kto wie, może za jakiś czas będę pracował ze starszymi zawodnikami na jeszcze wyższym poziomie. Dzisiaj po prostu skupiam się na tym, żeby każdy kolejny krok był świadomy i dobrze wykonany.

Nasłuchałem się w trakcie naszej rozmowy wielu ciekawych pojęć, które faktycznie mogą zupełnie zmieniać perspektywę. Wiele z tych problemów nie stanowi z pozoru punktów zapalnych w rozwoju młodzieży. Co Pana najbardziej zaskoczyło na nowej drodze kariery właśnie w dziedzinie mentoringu i bycia trenerem mentalnym?

Myślę, że nawet nie tyle mnie to zaskoczyło, co bardziej utwierdziło w przekonaniu, jak ogromny wpływ na nasze życie ma sposób myślenia. Im głębiej wchodzę w obszar rozwoju mentalnego, tym bardziej widzę, jak wiele zależy od naszych codziennych nawyków, koncentracji, sposobu reagowania na porażki czy budowania pewności siebie. Każdy z nas ma określony potencjał, zarówno w sporcie, jak i poza nim. Pytanie brzmi, jak go wydobyć w świecie, który nieustannie walczy o naszą uwagę. Wystarczy się obudzić i odruchowo sięgnąć po telefon, żeby zobaczyć, jak wiele bodźców towarzyszy nam każdego dnia. Dlatego coraz bardziej przekonuję się, że kluczowe znaczenie mają małe, codzienne działania. Praca nad koncentracją, spokojem, odpowiedzialnością, właściwymi nawykami czy umiejętnością radzenia sobie z porażką może z czasem przynieść bardzo duże efekty. Nie dzieje się to z dnia na dzień, ale właśnie te niewielkie korekty często prowadzą do największych zmian. To chyba najbardziej utwierdziło mnie na tej drodze i sprawiło, że jeszcze mocniej wierzę w wartość pracy mentalnej.

Na podstawie wszystkich tych cennych umiejętności, które Pan nabył; kursów, które Pan przeszedł i doświadczeń, które Panu towarzyszą podczas pracy z ludźmi jest coś, co chciałby Pan zmienić w swojej karierze zawodniczej? Cofnąć się do jakiegoś momentu i wybrać inaczej?

Lubię duchowość i nie ukrywam, że wierzę w pewne przeznaczenie oraz ścieżki, które pojawiają się w naszym życiu. Dlatego dzisiaj trudno mi powiedzieć, że chciałbym coś całkowicie zmienić. Oczywiście były momenty bardzo trudne. Jednym z nich było odejście z
Lecha Poznań.
Przez siedemnaście lat budowałem tam swoją pozycję, a później w stosunkowo krótkim czasie wiele rzeczy się zmieniło. To był dla mnie bolesny okres i dziś wiem, że być może wtedy warto było skorzystać ze wsparcia psychologa sportowego. Przechodziłem przez to jednak sam, szukając odpowiedzi i próbując zrozumieć sens tego, co się wydarzyło. Z perspektywy czasu nauczyłem się patrzeć na przeszłość z większym spokojem. Lubię porównanie do samochodu. We wsteczne lusterko warto czasem spojrzeć, ale nie można przez nie prowadzić auta. Najważniejsze jest to, co widzimy przez przednią szybę. To tam jest droga, kolejne kilometry, zakręty, przyspieszenia i przystanki. Dopiero po latach w pełni zaakceptowałem to, co się wydarzyło i zrozumiałem, że nawet z porażek można wyciągnąć coś wartościowego. Skończyłem karierę piłkarską w wieku 32 lat, czyli stosunkowo wcześnie jak na zawodnika. W tamtym momencie było to dla mnie trudne doświadczenie, ale jednocześnie otworzyło zupełnie nowy rozdział. Dzięki temu od blisko dziesięciu lat rozwijam biznes w branży hotelarskiej. Gdybym grał do 37. roku życia, być może zarobiłbym więcej pieniędzy, ale nie miałbym wielu kompetencji i doświadczeń, które zdobyłem poza sportem. Dlatego dzisiaj patrzę na swoją drogę z wdzięcznością. Zawsze starałem się widzieć szklankę do połowy pełną i właśnie takie podejście pomogło mi przejść przez najtrudniejsze momenty. 

Trochę mnie Pan zaskoczył tym wyznaniem apropos sytuacji związanej z emocjonalnym dramatem podczas odejścia z Lecha Poznań. Spodziewał się Pan, że przeżyje to aż tak trudno, boleśnie i niespodziewanie? 

To była świadoma decyzja. Stała za nią ambicja i chęć rozwoju. Dzisiaj uważam jednak, że zabrakło mi wtedy odpowiedniego wsparcia i spojrzenia z boku. Kogoś, kto pomógłby mi ocenić sytuację z większym dystansem. Było we mnie dużo emocji i wiary w obrany kierunek, ale za mało chłodnej analizy. Dopiero po latach zrozumiałem, jak ważne są takie osoby w kluczowych momentach kariery. Kiedy ta decyzja stała się faktem, wiele rzeczy potoczyło się jak kula śnieżna. To był trudny czas, ale też bardzo cenna lekcja. Być może właśnie dlatego dziś tak mocno interesuje mnie rozwój mentalny i wspieranie młodych zawodników w podejmowaniu dobrych decyzji.

To był taki moment, w którym należało posłuchać serca? Ono zyskało przewagę nad rozumem w tamtym momencie, czy to nietrafiona metafora?

Właśnie tutaj pojawia się współpraca serca i rozumu. Myślę, że każdy z nas prowadzi takie wewnętrzne rozmowy. Z jednej strony są marzenia, pasja i emocje, a z drugiej analiza, doświadczenie i chłodna ocena sytuacji. Sztuką jest umiejętność słuchania jednego i drugiego we właściwych proporcjach. Jeżeli ktoś naprawdę kocha to, co robi, to serce daje mu ogromną siłę do działania. Jednocześnie są momenty, w których warto zatrzymać się i dopuścić do głosu również rozum. Patrząc z perspektywy czasu, myślę, że wtedy trochę za mocno słuchałem serca (śmiech).

fot. Marcin Kikut/archiwum prywatne

Tak jak wcześniej mówiliśmy, Pańska droga po Lechu Poznań to stały spacer po linie. Momenty przebłysków i dobrych chwil przeplatały się z chwilami problemów i dołków. Użył Pan kiedyś takiego świetnego cytatu, że charakter zbudowany na sporcie zostaje na długo po ostatnim gwizdku. Jaka część tego charakteru wypracowanego w futbolu w Panu została i jest Pan z niej tak najbardziej zadowolony, najbardziej dumny?

Myślę, że siła charakteru jest moim największym kapitałem wyniesionym ze sportu. To właśnie ona pomogła mi później w biznesie, szczególnie w trudnych momentach i kryzysach, kiedy najłatwiej byłoby się poddać. Sport nauczył mnie konsekwencji, determinacji i przekraczania własnych granic. Każdy zawodnik zna moment, kiedy brakuje już sił, a mimo to trzeba zrobić jeszcze jeden sprint, jeszcze jeden trening czy podjąć kolejny wysiłek. Właśnie wtedy buduje się charakter. I ta umiejętność zostaje z człowiekiem na całe życie. Dlatego uważam, że nawet zawodnicy, którzy nie zrobią wielkiej kariery piłkarskiej, wynoszą ze sportu coś niezwykle cennego. Wiedzą, czym jest systematyczność, odpowiedzialność, wychodzenie ze strefy komfortu i walka o swoje cele. To są kompetencje, które później procentują w każdej dziedzinie życia.

Mówiąc o wątku Lecha Poznań nie sposób nie zahaczyć o temat jego akademii. Chciałbym zapytać o to, czy biorąc pod uwagę takich graczy jak Michał Gurgul, Antoni Kozubal czy Wojciech Mońka pokazywałby Pan ich jako wzór dla młodych zawodników?

Zdecydowanie tak. Dla mnie są oni dziś potwierdzeniem jakości projektu, który w Lechu Poznań jest konsekwentnie rozwijany od wielu lat. To nie jest przypadek, tylko efekt wizji i długofalowej pracy nad rozwojem młodych zawodników. Wielkie uznanie należy się tutaj panu Jackowi Rutkowskiemu i wszystkim osobom, które przez lata budowały ten system. Ostatnio mówiłem o tym również w Polsacie, bo uważam, że jest to jeden z najbardziej wartościowych projektów szkoleniowych w Polsce. Sam należałem do jednego z pierwszych roczników, które zdobyły mistrzostwo Polski U-19, a później krok po kroku były wprowadzane do pierwszego zespołu. Dzisiaj obserwuję, jak podobną drogę przechodzą Michał Gurgul, Antoni Kozubal czy Wojciech Mońka. Widać u nich nie tylko wysokie umiejętności piłkarskie, ale również dużą dojrzałość, inteligencję boiskową i odpowiednie podejście do rozwoju. Z dużą satysfakcją obserwuję, jak kolejni wychowankowie przechodzą tę drogę i potwierdzają, że ten model szkolenia naprawdę działa.

To mam w takim razie pytanie właśnie dotyczące charakteru. Czy nie brakuje Panu takich "kolorowych ptaków" wśród tych młodych graczy? Zgadzam się w zupełności, że po tych wymienionych wcześniej graczach widać idealny wzorzec, o którym mówił Pan wcześniej. Na pierwszym planie charakterologicznie jest ta dobroć, która też prowadzi do ogromu ich jakości. Sądzi Pan, że teraz Lech Poznań będzie pożądał właśnie takich piłkarzy o charakterze szkolnych prymusów i grzecznych chłopców? 

Nie rekomendowałbym tworzenia wyłącznie grzecznych piłkarzy. Bezwzględnie szeroko rozumiana przebojowość, odwaga i charakter zawsze będą w cenie. Szukałbym raczej balansu oraz budowania zespołu zrównoważonego pod względem charakterologii. Tak samo jest z umiejętnościami piłkarskimi. Jeden zawodnik ma większe predyspozycje ofensywne, drugi defensywne. Potrzebujemy różnych profili piłkarzy, żeby drużyna funkcjonowała prawidłowo. Podobnie jest z charakterem i mentalnością. Mając samych grzecznych chłopców, można zostać zdominowanym przez zespół, który być może ma mniejsze umiejętności, ale nadrabia je charakterem, ambicją i determinacją. Wielokrotnie widziałem takie sytuacje również na poziomie juniorskim. Na papierze jedna drużyna wygląda lepiej, a później okazuje się, że o wyniku decyduje właśnie mentalność i gotowość do walki. Dlatego uważam, że budowanie zespołu to nie tylko rozwijanie umiejętności piłkarskich, ale również odpowiednie dobieranie charakterów i osobowości. Taki dobrze zbalansowany miks bardzo często staje się później siłą całej drużyny.

Zakończę nasz wywiad może takim trochę pytaniem filozoficznym, a mianowicie, jakby miał Pan możliwość przekazać samemu sobie na początku kariery pewną mądrość, którą teraz posiadł Pan po tych wszystkich doświadczeniach, to co by to było?

I to jest dosyć fajne pytanie, bo tak naprawdę przekazałbym sobie praktycznie wszystko to samo, co słyszałem na początku swojej drogi. Praca zawsze się obroni. Zacznij od siebie, skup się na tym, na co masz wpływ i krok po kroku rób postęp. Te słowa towarzyszyły mi przez całą karierę, słyszałem je również od taty i z biegiem lat stawały się coraz większą siłą. Myślę, że dalej szedłbym dokładnie tą samą drogą. Czasami w futbolu, ale też w życiu, im prościej, tym lepiej.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo