Były trener Lecha musi szukać sposobu na ustabilizowanie formy nowego zespołu
Po wygraniu drugiego z rzędu mistrzostwa z Lechem Poznań Sindre Tjelmeland nie miał okazji pójść na zasłużony urlop po niezwykle wymagającym sezonie. Zamiast tego od razu rzucił się w wir pracy tym razem w swoim nowym klubie czyli norwerskim Molde FK. Pierwszą drużynę zaczął prowadzić od 11. kolejki przejmując obowiązki po swoim asystencie - Martinie Falku. Dzięki jego działaniom i opiece zespół do tamtego momentu zdołał uplasować się na piątej pozycji w tabeli Eliteserien wygrywając pięć meczów, przegrywając cztery i remisując jeden.
Sindre Tjelmeland miał zatem względnie komfortowe warunki do tego, by prowadzić Molde do wysokich celów i sprawić, by drużyna ta rosła w oczach w najwyższej klasie rozgrywkowej. Zresztą Norweg zaczął nowy etap swojej kariery w obiecującym stylu, a mianowicie od wygranej 2:1 z Sandefjordem. Potem jak się jednak okazało już tak łatwo nie było, a drużyna nie mogła ustabilizować formy. W kolejnych sześciu spotkaniach Eliteserien zaczęła powtarzać wzór: "remis-porażka-zwycięstwo". I tak dwa razy z rzędu.
Molde w przypadku przegranych meczów jako pierwsze dawało sobie strzelać dwa gole i potem goniło wynik. Dwukrotnie w przypadku meczów remisowych miało też szanse na zwycięstwo, ale w ostatnich minutach gry rywale okradali ich z kompletu punktów pakując im piłki do siatki. Ten dziwny wzór się powtarzał, ale mimo to, zespół Sindre Tjelmelanda odniósł w sumie tylko dwie porażki w siedmiu meczach ligowych. Jakby tego było mało zaliczył delikatny awans w tabeli z piątego na czwarte miejsce.
Wielki sukces w Pucharze Norwegii podbuduje morale?
Wciąż jednak nie brakowało aspektów do poprawy, bowiem choć Molde punktowało, nie mogło utrzymać się na zwycięskim szlaku. Być może wszystko jednak odmieni to, co wydarzyło się w sobotnie popołudnie. Na boisku doszło tam prawdziwej rzezi niewiniątek i pełnowymiarowej eskalacji ofensywnych talentów pretendenta do najwyższych celów w Norwegii. Skala tego zwycięstwa, pomimo słabej renomy rywala, zdecydowanie może napędzić graczy Molde.
Zespół Sindre Tjelemelanda w sobotę rywalizował bowiem w ramach Pucharu Norwegii na wyjeździe z czwartoligowym Midsund. Faworyt tego spotkania gładko przejechał się po przeciwnikach najpierw wbijając im aż pięć goli do przerwy, a potem w drugiej połowie dołożył... jeszcze sześć!
W efekcie pokonał Midsund wynikiem aż 11:0, na którym złożył się między innymi hat-trick Kone-Doherty'ego oraz aż trzy dublety autorstwa Haugana, Bendera i Hestada. Taka sytuacja na powinna sprawić, że zespół nabierze wiatru w żagle szczególnie, że przecież wcześniej w lidze wygrał 3:2 po zażartym boju z trzecią ekipą Eliteserien Tromso IL.
Zwycięstwo z czwartoligowcem może smakować szczególnie z tego powodu, że Molde w sobotnie popołudnie wyrównało klubowy rekord. Od 1 maja 2011 roku i meczu w Pucharze Norwegii przeciwko Eidsvåg IL nie zdarzyło się, by Molde wygrało tak wysoko we wspomnianych rozgrywkach. 11:0 to najwyższy wynik w historii klubu w Pucharze Norwegii i drugi biorąc pod uwagę wszystkie rozgrywki.
Na czele w zestawieniu klubowych rekordów pod względem zdobyczy strzeleckich wciąż znajduje się rywalizacja z FK Mandalskameratene, kiedy to Molde grało jeszcze w 1. lidze. Wtedy to 26 sierpnia 2007 roku pokonało swoich przeciwników aż 12:1. Biorąc pod uwagę podobieństwo co do dnia i miesiąca można powiedzieć, że niewiele dzieliło Sindre Tjelmelanda od zapisania nowej, pięknej karty w historii Molde po blisko... 20 latach!
Nowy trener ma powody do zadowolenia. Nie miał łatwych przepraw z underdogami w Lechu
Czy dwie wygrane z rzędu to zwiastun powrotu Molde na właściwe tory? Można w to wierzyć. Kibice tej drużyny przekonają się czy w istocie nie ma przypadków, są tylko znaki już 29 sierpnia, kiedy to pretendenci to najwyższych celów zmierzą się z Valerengą - jedenastą ekipą Eliteserien. Potem natomiast przyjdzie starcie z KFUM Oslo, która jest gorsza o jedną lokatę.
Tym kibicom, którzy przeceniają wartość niebotycznego zwycięstwa odniesionego nad czwartoligowcem, warto przypomnieć, że jeszcze za czasów trenowania Lecha Poznań nisko notowane ekipy potrafiły już sprawiać Sindre Tjelmelandowi niemałe problemy. Już na dzień dobry, rozpoczął przygodę asystenta w Kolejorzu, przyszłego mistrza Polski w 2024 roku ograła drugoligowa Resovia Rzeszów. Dla kibiców w tamtym momencie było to równoznaczne z otrzymaniem solidnego policzka.
Nie był to jednak wyjątek, bowiem trudne mecze z absolutnymi underdogami przyszły także po pierwszym sezonie mistrzowskim. Tym razem Sindre Tjelmelandowi, Nielsowi Frederiksenowi i ich piłkarzom duże kłopoty sprawił... Gryf Słupsk! Tam wynik w pierwszym starciu Pucharu Polski dla Lecha Poznań był już pozytywny, ale końcówka spotkania była wyjątkowo gorąca. Właśnie ówczesny czwartoligowiec generował poważne zagrożenia pod bramką Bartosza Mrozka i śmiało można powiedzieć, że po tym gdy sędzia odgwizdał koniec meczu przy wyniku 2:1 dla mistrza Polski, kibice mogli odetchnąć z ulgą.
Komentarze (0)