Lech dominujący, ale bez konkretów. Za styl punktów się nie przyznaje
Piłkarze Lecha Poznań bez większych niespodzianek od początku spotkania starali się robić co w ich mocy, aby możliwie jak najbardziej zapanować nad przebiegiem spotkania. Podopieczni Nielsa Frederiksena głównie rozgrywali piłkę krótkimi podaniami na wysokiej intensywności, chcąc zaskoczyć przeciwników swoim zgraniem. Wisła Kraków stawiała natomiast na prostsze środki, próbując przedostać się przez dobrze zorganizowany blok defensywny Kolejorza dalekimi podaniami na dobieg między liniami. Yegbe i Skrzypczak nie dawali się jednak oszukiwać, przejmując piłki dość wysoko i tym samym zapewniać swojej drużynie kontrolę nad konstruowaniem akcji.
Lech dominował w posiadaniu piłki, a Wisła Kraków miała duże problemy, żeby wydostać się spod kontrpressingu gospodarzy, który był niezwykle agresywny praktycznie po każdej stracie piłki. Podopieczni Nielsa Frederiksena szukali też okazji strzeleckich po przerzutach piłki do Yannicka Agnero, który próbował zagwarantować swojemu zespołowi przewagę, zgrywając je "na ścianę" do kolegów. Iworyjczyk starał się także w pojedynkę decydować o przebiegu akcji, szarpiąc się z obrońcami i próbując wydostawać się spod krycia, ale gracze Wisły Kraków mu nie odpuszczali.
Po pierwszych 20 minutach spotkania kluczowym pytaniem było nie to, czy Lech Poznań zdobędzie gola, lecz kiedy to zrobi. Dwukrotnie przed wyśmienitą okazją strzelecką stawał Patrik Walemark, ale Marcel Łubik stanowił pewny punkt drużyny. Gracze Nielsa Frederiksena nieustannie kombinowali nad tym, gdzie znaleźć lukę w bardzo dobrze zorganizowanym zespole "Białej Gwiazdy". Niestety dla nich, za każdym razem, gdy przybliżali się do pola karnego gości, czegoś brakowało albo w fazie finalizacji, albo przy ostatnim dotknięciu piłki przed strzałem.
Lech Poznań do przerwy remisował 0:0, a do wyjścia na prowadzenie brakowało mu jedynie instynktu zabójcy w polu karnym Wisły Kraków. Piłkarze Kolejorza za bardzo skupiali się na wypracowywaniu sobie możliwie, jak najlepszy pozycji strzeleckich, podczas gdy często wystarczałyby proste środki w postaci natychmiastowych strzałów. Kolejorz najbliżej zdobycia gola był w 34. minucie spotkania, kiedy to w słupek bramki Łubika trafił Patrik Walemark. Gospodarze pukali do bram, ale musieli obudzić w sobie bestię.
Pojedynek rewolwerowców w drugiej połowie. Wisła nie dotrzymała tempa Lechowi
Przerwa nie przyniosła Wiśle Kraków oddechu na boisku. Lech Poznań wciąż wysoko naciskał na nią w pressingu i błyskawicznie odbierał jej argumenty w ofensywie. Po stracie piłki następowała natychmiastowa, pełna mobilizacja do odbioru, a przyjezdni nawet nie mieli czasu, by nacieszyć się posiadaniem piłki. Gracze Kolejorza zgarniali każdą piłkę i dalej bez przeszkód realizowali swoje założenia. Gole jednak wciąż nie nadchodziły z tych samych powodów, co wcześniej. Gra gospodarzy mogła się jednak podobać.
W końcu po niezliczonych próbach Lech Poznań wreszcie znalazł drogę do siatki. Strzelcem gola okazał się Antoni Kozubal, który znakomicie odnalazł się w polu karnym Wisły Kraków. Podopieczni Nielsa Frederiksena koronkowo rozegrali akcję w ataku pozycyjnym, ale "Biała Gwiazda" niespodziewanie zdołała jakimś cudem zapakować Kolejorzowi gola ledwie minutę później. Oba zespoły później zaprezentowały strzelecki pojedynek jak na dzikim zachodzie, bowiem znów 60 sekund później prowadzenie przeszło na stronę Lecha Poznań. Bramkę na 2:1 zdobył Patrik Walemark, uderzając celnie po bliższym słupku i zaskakując Marcela Łubika.
Mecz wreszcie nabrał rumieńców, bowiem Wisła Kraków wyglądała jakby wreszcie uwierzyła, że jest w stanie zaszkodzić Kolejorzowi. Zaczęła wychodzić jeszcze wyżej do pressingu i zmuszać rywali nawet do gry w niższym bloku obronnym, lecz to nie uchroniło ich od straty trzeciego gola. Zdobył go jeden z głównych bohaterów dzisiejszego spotkania czyli Yannick Agnero. Iworyjczyk został obsłużony świetnym, dalekim zagraniem przez Radosława Murawskiego, a następnie nie dał szans bramkarzowi. Gol ten był w pełni zasłużony, bowiem napastnik Lecha Poznań pracował dziś w pocie czoła na dobre akcje swojej drużyny.
Końcówka spotkania była jednak wyjątkowo gorąca, bowiem w okolicach 78. minuty spotkania sędzia Paweł Raczkowski po analizie VAR odgwizdał rzut karny po rzekomym faulu Antoniego Kozubala. Powtórki pokazały jednak, że główny arbiter popełnił ogromny błąd, bowiem faulowany zawodnik... kopnął samego siebie. Rodado jednak koszmarnie przestrzelił, a stadion ogarnęła euforia jak po zdobyciu gola.
Zwycięstwo Lechowi Poznań już się nie wymknęło choć trzeba przyznać, że Wisła Kraków bardzo mocno się ożywiła w samej końcówce. Gracze "Białej Gwiazdy" maksymalnie przycisnęli swoich rywali w pressingu, ograniczając im okazje strzeleckie, ale Kolejorz nawet wtedy parł do przodu. Dalekie podania między linie do Daniela Hakansa generowały masę zagrożenia, ale nikt nie potrafił już przełożyć akcji na gole. Kolejorz musiał zadowolić się zwycięstwem 3:1 zyskując trzy punkty przewagi nad wiceliderem z Zabrza przy jednym meczu straty.
Lech Poznań - Wisła Kraków 1:3 (0:0)
Gole: Kozubal 54., Walemark 57., Agnero 63. - Lech - Krzyżanowski 55. - Wisła
Lech: Lis - Pereira (Gumny 90.), Mońka, Yegbe, Gurgul - Murawski, Kozubal, Rodriguez (Palma 81.) - Walemark (Śledziński 90.), Agnero (Szymczak 81.), Bengtsson (Hakans 66.).
Wisła: Łubik - Giger, Uryga, Grujcic, Krzyżanowski - Duda (Pławiński 88.), Igbekeme (Meseguer Cavas 73.), Ertlthaler - Duarte (Mikulec 65.), Rodado, Lelieveld (Bozić 65.).
Kartki:
Sędziował: Paweł Raczkowski (Warszawa)
Komentarze (0)