Koszmarny dysonans poznawczy fanów polskiego futbolu
Kibice Lecha Poznań wiedzą, co to znaczy odpadać z hukiem z walki o najwyższe cele w Europie. Od razu na myśl po spotkaniu z Aarhus nasunęły się wspomnienia z nieprawdopodobnych kompromitacji ze Stjarnanem, Zalgirisem czy Trnawą jednak żadno z tych starć nie niesie za sobą takiego bólu jak teraz. Dlaczego? Bo z całą pewnością można stwierdzić, że przed tym spotkaniem Lech Poznań nigdy wcześniej w XXI wieku nie był tak wysoko, jeśli chodzi o poziom piłkarski.
Nigdy wcześniej Lech nie miał za sobą tak bogatego okna transferowego, od 30 lat nie obronił tytułu i nigdy wcześniej w tym wieku nie stał się aż tak wiodącą marką na polskim rynku. Kolejorz wszedł na szczyt Mount Everest popularności oraz oczekiwań, a wczoraj... postanowił skoczyć z niego na "główkę".
Uderzenie w twarz z ikonicznej już "mokrej szmaty" nabrało siły technicznego nokautu Tysona czy Alego głównie, dlatego, że zderzenie z rzeczywistością było tak skrajnie inne od uczuć, które towarzyszyły nam wszystkim przez ostatnie tygodnie. Było tak nagłe i niespodziewane, bo przyszło w momencie, gdy wszyscy fani czuli się jakby dostali skrzydeł. Tymczasem zdaje się, że paradoksalnie to właśnie te gigantyczne oczekiwania, które świadomie sami wszyscy sobie narzuciliśmy doprowadziły do tego, że część kibiców ma za sobą nieprzespaną noc, nie mogąc zrozumieć, co się w zasadzie wczoraj wydarzyło.
- To jest tak ciężkie, brutalne K.O, że aż trudno w to uwierzyć. Nikt nigdy, odkąd powstała Liga Mistrzów, nie odpadł na etapie II rundy eliminacji, gdy pierwsze spotkanie wygrał różnicą trzech goli. Harakiri - to najlepsze słowo, które opisuje to, co Kolejorz zrobił w środę. Jestem rozwalcowany (...) Jeśli Lech przegrywa z Crveną zvezdą jak rok temu, to okej - z bólem, ale jestem w stanie to zrozumieć. Ale nie do jasnej cholery z duńskim Aarhus, które demolujesz w pierwszym meczu 4:1 i w którym masz ośmiu kontuzjowanych piłkarzy. To w hierarchii "eurowpi*doli" jest absolutna czołówka - mówił w social-mediach Mateusz Święcicki.
Zderzenie z rzeczywistością było zbyt brutalne jak na serce zwykłego kibica, a poziom frustracji i skrajnego rozgoryczenia potęguje sam fakt, że Lech Poznań otrzymał o wiele łatwiejszą ścieżkę do pójścia po Ligę Mistrzów. Na jego drodze stał zespół, który zdobył mistrzostwo po 40 latach; ekipa z Azerbejdżanu, która przerwała hegemonię Karabachu i maksymalnie ekipa z Grecji. Niestety sami wydaliśmy wyrok na nasze uczucia, wierząc, że po prostu, cytując klasyka: "Nawet tacy goście jak wy nie są w stanie tego spier...".
Nawet pesymiści braliby taki rozkład meczów kwalifikacyjnych w ciemno, biorąc pod uwagę zeszłoroczne batalie z naszpikowaną gwiazdami Crveną oraz doświadczonym Genkiem. Tymczasem teraz wszystko potoczyło się jeszcze gorzej, bo rok temu Kolejorz przynajmniej przeszedł drugą rundę. Lech Poznań przeszedł drugą rundę... będąc gorzej rozstawionym niż teraz. To jest coś więcej niż kompromitacja czy blamaż.
- Panowie, jestem zmiażdżony. Po prostu nie wierzę w to, co się wydarzyło. Martwiliśmy się o Górnika Zabrze, że przyjedzie Fenerbahce, że będzie ciężki temat, a oni zremisowali 1:1. Gdyby ktoś mi powiedział, że zagramy dwoma zespołami w kwalifikacjach Ligi Mistrzów i nie dotrzemy do sierpnia w kwalifikacjach, to powiedziałbym, że ta osoba jest chora psychicznie - mówił załamany Mateusz Borek w "Kanale Sportowym".
Piłkarze Lecha spadli spod bram nieba do najniższego kręgu piekła
Andrea Pirlo po pamiętnym finale Ligi Mistrzów w Stambule w 2005 roku i porażce Milanu z Liverpoolem powiedział: "Po tamtej nocy wszystko straciło sens. Kiedy weszliśmy do szatni nie mogliśmy mówić i nie mogliśmy się ruszać. Zostaliśmy mentalnie zniszczeni. W jednej chwili futbol stał się najmniej istotną częścią mojego życia. Nie miałem odwagi spojrzeć sobie w lustro, bojąc się, że moje odbicie splunie mi w twarz". Podobne obrazki pojawiły się także po wczorajszym meczu.
Według relacji, nikt z piłkarzy nie wyszedł do mixed-zony po spotkaniu, co dotychczas było ich obowiązkiem. Część z nich stała pod szatnią i po prostu płakała, nie mogąc uwierzyć w to, co się wydarzyło. Potwierdzał to Dawid Dobrasz, mówiąc, że widział nawet samych pracowników klubu, który mieli łzy w oczach. Te relacje i obrazki wprost wskazywały na to, że w trakcie tych 120 minut w środowy wieczór Kolejorz stracił coś więcej niż szanse na Ligę Mistrzów.
Co najgorsze, czarny rozdział historii Polski w europejskich pucharach, który napisał Lech Poznań przy Bułgarskiej odziera współczesnych kibiców ze złudzeń, co do rychłego awansu do Ligi Mistrzów. Kolejorz nie miał dotychczas na swojej drodze równie korzystnych warunków i kadry wręcz skrojonej pod funkcjonowanie w tych rozgrywkach. A nawet jeśli skompletuje mistrzowski threepeat w Ekstraklasie i znów podejdzie do walki o Ligę Mistrzów z korzystnej pozycji w 2027 roku to... jakie kibice mają argumenty, by realnie w to wierzyć?
Fani Lecha doświadczyli zamachu na kibicowską wiarę
Oczywiście, nawiązując do historii Milanu z 2005 roku, potem wydarzyły się Ateny i wielki rewanż nad Liverpoolem, który pozwolił im spełnić marzenia, ale w tym momencie ciężko jakkolwiek dać sobie choćby promil nadziei na lepsze jutro w europejskich pucharach. Nie jest to jednak spowodowane tym, że kibice w poczuciu wściekłości i ośmieszenia celowo nie będą stali za drużyną, odwrócą się od niej i skażą na porażkę z powodu hańby i traumy jaką przeżyli na trybunach.
Być może to jest najgorsze po wczorajszym meczu Lecha. Po takich spotkaniach zwyczajnie odechciewa się kochać, odechciewa się marzyć i przede wszystkim w cokolwiek ufać. Cios mentalny zadany wczoraj kibicom może być porównany do uczucia najboleśniejszej zdrady, o której dowiadujesz się na moment przed założeniem sobie ślubnych obrączek na palec. Człowiek z czasem jest w stanie powrócić do codzienności, ale po tak traumatycznych zdarzeniach po prostu nie chce więcej czemukolwiek dawać wiary, zatapiać się w radości czy porywać się euforii.
Ma zwyczajnie w głowie ten rodzierający ból, którego nie chce więcej czuć. Pamięć o tym, że szczęście jest chwilowe, a to co następuje przy zderzeniu z realiami może zostawiać wręcz traumatyczne piętno.
Nie twierdzę, że hasło z serialu "1670": "Nie oczekuj niczego i nie miej żadnych pragnień" to maksyma, która powinna teraz przyświecać wszystkim fanom polskiej piłki. Jednak jest to filozofia, którą zwyczajnie... można zrozumieć.
Komentarze (0)