Środkowy pomocnik po rozwiązaniu kontraktu z tureckim Kocaelisporem przez pewien czas przygotowywał się do sezonu razem z pierwszą drużyną Lecha Poznań. Klub pozwolił swojemu wychowankowi korzystać z infrastruktury i trenować pod okiem Nielsa Frederiksena, ale od początku było jasne, że nie oznaczało to podpisania kontraktu. Poznaniacy ostatecznie postawili na inne rozwiązanie w drugiej linii i sprowadzili Gustava Berggrena.
Karol Linetty znalazł więc zatrudnienie we Wrocławiu. Podpisał ze Śląskiem umowę do czerwca 2028 roku z opcją przedłużenia, a już kilka dni później trener Ante Simundza dał mu szansę w pierwszym składzie. Debiut przypadł na spotkanie z Pogonią Szczecin w STS Pucharze Polski. Pomocnik otrzymał 57 minut na pokazanie swoich możliwości i... na pewno nie zawiódł.
Wciąż ma to coś. Linetty z obiecującym debiutem w Śląsku
Doświadczony gracz nie próbował na siłę udowadniać, że jest największą gwiazdą zespołu. Chciał być przede wszystkim punktem podparcia dla kolegów. Schodził po piłkę, pokazywał się między liniami, a kiedy ją dostawał, nie popełniał błędów. Umiejętnie starał się przyspieszać, grając na jeden-dwa kontakty i w odpowiednim momencie szukał możliwości przesunięcia akcji do przodu.
W jego grze nadal widać było to, co przez lata stanowiło jeden z jego największych atutów. Linetty dobrze czytał przestrzeń i potrafił odpowiednio ustawić się bez piłki. Nie sprawiał wrażenia "wypalonego" piłkarza, który wrócił do Polski w celu odcinania kuponów. Swoją postawą pokazał, że faktycznie ma na koncie ponad 250 spotkań w Serie A. Oczywiście był to jeden występ i jeszcze za krótki, by wyciągać daleko idące wnioski, ale kibice Śląska mogą ocenić ten debiut pozytywnie, bo było to po prostu wejście człowieka, który wie, jak funkcjonować w drugiej linii i czego wymaga się od środkowego pomocnika.
Problemy Lecha w środku pola
To historia interesująca z perspektywy kibiców Lecha Poznań, któremu w czwartkowym spotkaniu z Jagiellonią Białystok gra układała się po myśli, poza środkiem pola. Jak się okazało, odczuwalny był brak Antoniego Kozubala, który wcześniej doznał urazu kostki w spotkaniu z Widzewem Łódź. Niels Frederiksen poinformował, że pomocnik będzie pauzował około czterech do sześciu tygodni. Jego absencja oznaczała konieczność przemeblowania tej formacji w niezwykle intensywnym okresie sezonu.
Trener postawił w tym spotkaniu na Gustava Berggrena, zestawiając go w parze z Radosławem Murawskim. W efekcie Lech miał dość wycofany środek pola - nie potrafił przejąć kontroli w tej części boiska. Brakowało piłkarza, który w odpowiednim momencie przyspieszyłby grę. Nowy nabytek Kolejorza sprawiał wrażenie zagubionego i skupionego wyłącznie na indywidualnym kryciu Tarasa Romanczuka.
- Szwed miał trudności z opanowaniem piłki w dzisiejszym spotkaniu. Zdecydowanie częściej widzieliśmy go w roli pressującego swoich rywali niż rozgrywającego, który dynamizował ataki. Nie stanowił stabilnego punktu w ekipie Kolejorza i pokazywał, że bardzo brakuje mu spokoju przy opanowaniu futbolówki w środku pola. Jeśli Niels Frederiksen liczył na to, że Szwed będzie kreatorem gry w czwartkowym meczu, to mocno się przeliczył - tak oceniliśmy występ Berggrena w starciu z Jagiellonią, wystawiając mu jedną z najniższych ocen w zespole (5).
Oczywiście w zestawieniu z Linettym, nie należy pisać o błędzie Lecha. Nie ma żadnych podstaw, aby po jednym meczu stwierdzać, że Kolejorz powinien był sięgnąć po swojego wychowanka, mając go pod ręką. Niemniej jednak, w perspektywie potencjalnych urazów, być może niebiesko-białym przydałby się dodatkowy gracz w środku pola.
Jeśli Linetty w kolejnych tygodniach potwierdzi, że jest w stanie regularnie wpływać na grę Śląska, pytania o to, czy Lech nie powinien był spojrzeć na jego sytuację inaczej, mogą wracać coraz częściej. Zwłaszcza jeśli problemy Kolejorza w środku pola będą się pogłębiać.
Komentarze (0)