- Burzliwy czas Jamesa Washingtona w Enei Basket. Zmiany trenera i niestabilna forma drużyny
- 1. liga rośnie w siłę. Lider Enei Basket pozostaje spokojny o wynik na koniec sezonu
- Czy lider Enei wreszcie sięgnie po sukces pod koniec kariery w Polsce?
- James Washington przekuł traumę w sukces. Dziś nie zapomina o najbardziej potrzebujących!
Burzliwy czas Jamesa Washingtona w Enei Basket. Zmiany trenera i niestabilna forma drużyny
Przed wami trudny czas w lidze. Wygraliście z Polonią Leszno, ale przed wami są teraz starcia z bezpośrednimi rywalami o ostatnie miejsce uprawniające do rywalizacji w play-offach. Czujecie presję przed spotkaniami z Polonią Warszawa i WKK Wrocław?To na pewno trudni rywale, ale nie powiedziałbym, że czujemy presję w związku ze starciami z nimi. Oczywiście rozmawiamy na temat stawki tych spotkań w szatni, lecz tak naprawdę każdy mecz jest wymagający. Niezależnie od tego, czy jesteś faworytem czy underdogiem, musisz dawać z siebie wszystko na parkiecie. Nie czujemy żadnej presji: mamy dobrych zawodników, dobrego trenera i jeśli tylko właściwie będziemy wdrażać jego plan, pokonamy każdego.
Wskazujesz na dużą rolę trenera Valeiki w waszych sukcesach. Widzisz jakieś szczególne różnice, gdy to on prowadzi Eneę Basket, a nie trener Marcin Kloziński?
Trener Marcin był bardziej wyluzowany na treningach, oczywiście wciąż pozostając przy tym dobrym trenerem. Edmunds Valeiko wymaga od nas więcej zaangażowania i wysiłku. Na jego treningach panuje większa dyscyplina i zwraca on uwagę na każdy nawet najmniejszy błąd. Tak samo jak ja grał przez wiele lat jako rozgrywający, co tylko poprawia naszą komunikację.
Zastanawiam się jak zareagowałeś na odejście trenera Klozińskiego. W jednej chwili niemalże w połowie sezonu wszystko się zmieniło: klub ocierał się o dno tabeli i w kryzysowym momencie stracił sternika. Złapałeś się wtedy na myśli: "co ja tu robię?", mając w głowie to, że przyszedłeś tu z play-offowej drużyny? Pytam o to szczególnie dlatego, że u trenera Klozińskiego pełniłeś ważną rolę, co podkreślał przed sezonem.
Byłem tak samo mocno zaskoczony jak wszyscy wokół. Szczególnie, że wcześniej potrafiliśmy rozegrać rewelacyjny mecz z Astorią Bydgoszcz i wydostać się z trudnego momentu. Gram jednak w profesjonalną koszykówkę w Europie ponad 15 lat i jedna decyzja nie jest w stanie u mnie wszystkiego podważyć. Zmiany są częścią tego sportu i jak widać w jego miejsce udało się zatrudnić człowieka, który w 1. lidze wygrał mistrzostwo i awansował do PLK. Jestem podekscytowany tym, co się wydarzy w najbliższej przyszłości.
Mówiłeś o tej dyscyplinie na treningach oraz o wymagających warunkach pracy z trenerem Valeiko. Czujesz poprawę w grze po tak intensywnym wysiłku przed meczami? Coś w szczególności udało się wam zmienić?
Na treningach mamy trochę więcej ćwiczeń biegowych i rzutowych. Trener uczy nas kontroli nad grą i daje nam dużo pewności siebie. Chce, abyśmy czuli grę, wykorzystywali swoje atuty i przejmowali inicjatywę. Nie zamierza nas zajeżdżać na treningach, ale zależy mu na tym, abyśmy grali produktywnie w szczególności przy fazach przejściowych. To bardziej ewolucja, a nie rewolucja względem tego, co było wcześniej. Za kadencji trenera Klozińskiego już udowadnialiśmy, że potrafimy bardzo dobrze grać przeciwko najsilniejszym.
Nie wiem, czy miałeś podobną obserwację, ale wielokrotnie w poprzednich meczach o końcowych porażkach decydowała nagła obniżka formy w jednej kwarcie. Potrafiliście mieć nagłe załamanie, które skutkowało utratą kontroli nad meczem. Potrafisz wskazać przyczynę takich nagłych break-downów?
Trudno mi znaleźć jednoznaczną odpowiedź. Jako rozgrywający lubię brać na siebie dużą odpowiedzialność i być trochę trenerem na boisku. Trudno mi teraz wskazać, co nie grało w poszczególnych meczach, ale mogę powiedzieć, że na początku sezonu udowodniliśmy, że potrafimy walczyć na równi z najlepszymi nawet mimo kontuzji, jakie nam się przytrafiały. Jestem zdania, że im więcej będziemy pracować nad swoimi słabościami tym lepiej będziemy grać. Druga część sezonu będzie lepsza, bo nasze zgranie z biegiem czasu jest coraz lepsze, a dodatkowo na treningach robimy progres w defensywie.
1. liga rośnie w siłę. Lider Enei Basket pozostaje spokojny o wynik na koniec sezonu
Tak jak mówiłeś niewiele ustępujecie najlepszym. Potrafiliście nawet wygrać w wielkim stylu ze wspomnianą Astorią Bydgoszcz, ale wyniki plasują was raczej w środku stawki. Tymczasem kolejne drużyny dokonują imponujących transferów między innymi w związku ze zmianami regulaminu w koszykarskiej Ekstraklasie. Sądzisz, że warunkiem wejścia do play-offów będzie właśnie sprowadzenie kolejnych jakościowych graczy z najwyższej półki?Myślę, że to nie moja rola, by o tym mówić - ta kwestia należy bardziej do trenera czy prezesa. To, co mogę powiedzieć to to, że celem klubu niezmiennie są play-offy. Za każdym razem, gdy grałem w 1. lidze dostawałem się do nich czy to z Kotwicą czy to z Notecią. Eneę Basket stać na to, by tam grać. W najbliższym czasie powinienem otrzymać polski paszport, co być może pomoże w sprowadzeniu kolejnych, jakościowych amerykańskich zawodników.
Czujesz, że liga stała się znacznie trudniejsza względem poprzednich lat w związku z imponującymi transferami?
1. liga jest zdecydowanie bardziej konkurencyjna niż wcześniej. Cztery lata temu, gdy do niej wchodziłem byłem pewien, że tak będzie. Obecnie jest w niej pełno jakościowych graczy chociażby takich jak Marcel Ponitka ze znakomitym CV. Dlatego mówiłem, że nie nakładamy na siebie presji i nie traktujemy spotkań wyjątkowo. Sokół, ŁKS, Decka... każda z tych ekip ma najwyższe standardy i każdy mecz to walka w zwarciu.
Tym ciekawiej ogląda się to, jak dobrze jesteś w stanie zaadaptować się do warunków gry. Masz obecnie 38 lat i zajmujesz wysokie miejsce wśród najlepiej punktujących w 1. lidze...
Ciągle zaskakuję ludzi mówiąc, że tak naprawdę czuję się na jakieś 25 lat. Zawodnicy często robią sobie żarty, mówiąc: "Stary, zdradź mi sekret swojej formy! Jak ty to robisz?". W trakcie 15 sezonów nie przegapiłem żadnego meczu z powodu kontuzji, ćwiczę przez jakieś 98% mojej kariery, a latem poza sezonem regularnie przygotowuję swoje ciało zdrowo się odżywiając. Traktuje koszykówkę bardzo poważnie, bo to miłość mojego życia i cieszę się tym sportem od dziecka. Jest dla mnie jak tlen. Może czasem przez dzień lub dwa potrzebuje odpoczynku, ale zawsze mam w sobie mnóstwo energii. Mój syn przejął to po mnie
Jest jeszcze jedna rzecz, która może utrudniać tobie grę na parkiecie: sędziowie! Dobrze pamiętam twój monolog po jedynym ze spotkań na konferencji prasowej. Mówiłeś, że nie otrzymujesz od nich szacunku po tylu latach gry. Czy obecnie coś w tej kwestii się zmieniło?
Musze być bardzo kulturalny w rozmowie z nimi, aby nie mieć kolejnych kłopotów. Mój portfel mocno odczuł koszt nadmiaru fauli technicznych w poprzednim sezonie. Dwa miesiące temu spotkałem się z prezesem i powiedział mi, że rozumie moją frustrację ze względu na taktykę innych drużyn, które nastawiają zawodników agresywnie przeciwko mnie. Zdaje sobie sprawę z tego, że gdy z czymś się nie zgadzam chce o tym rozmawiać z sędziami, ale powiedział, że będzie dla mnie lepiej, gdy w ogóle nie będę z nimi gadać. Dla mnie jest to piekielne trudne, bo jestem głośnym liderem, który uwielbia żyć grą i gadać z każdym. Przez jakieś sześć może siedem ostatnich spotkań na nic się nie uskarżałem. Raz nawet prezes podszedł i powiedział, że jest ze mnie dumny. Jednak pamiętam, że w starciu z Miners Katowice wyłapałem faul techniczny za to, że spojrzałem na sędziego. Nic nie powiedziałem, tylko spojarzałem.
Z czego wynikają twoje aż tak duże problemy z sędziami? Używasz wulgaryzmów, gdy się denerwujesz czy po prostu zbyt często wytykasz im błędy?
Grałem w siedmiu różnych krajach w Europie, a faule techniczne otrzymuję tylko w Polsce. Może jeden dostałem w Niemczech, Francji albo Szwecji, ale to jest dla mnie niesamowite, że dostaję je tylko w Polsce! Być może jest to spowodowane barierą językową i tym, że mówię w zbyt napastliwy sposób, ale emocji na parkiecie się nie wyzbędę. Jeśli sędziowie będą czytać ten wywiad, to chcę przekazać, że nie zamierzam ich piętnować. Po prostu kocham tę grę i żyję nią na swój sposób. Mój ojciec był w końcu trenerem.
Czy lider Enei wreszcie sięgnie po sukces pod koniec kariery w Polsce?
Skoro mówisz o rodzinie, to zastanawia mnie, jak odnajdujecie się w tym, że co sezon od kilku lat nieustannie zmieniasz otoczenie. To utrudnia tobie kontakt z bliskimi i negatywnie się na tobie odbija?Właściwie to nie. Moja mama i ojciec byli związani z wojskiem, więc kiedy byłem mały mieszkałem chociażby w Niemczech. Po powrocie do Ameryki mieszkaliśmy w różnych stanach. W swojej karierze dłużej niż rok zagrałem tylko w Anwilu Włocławek i Starcie Lublin. Fizycznie jestem daleko od swojego syna, ale rozmawiam z nim codziennie przez Face-Time i staram się z nim widzieć w weekendy. Bądźmy szczerzy, mam przed sobą jeszcze kilka lat gry, a mój syn ma obecnie sześć lat. To sprawia, że gdy będzie dorastał, ja będę przy nim po tym, gdy zakończę profesjonalną karierę. On jest jednym z powodów, dla których zostałem w Polsce. Latem miałem oferty z zagranicznych klubów, by tam grać, ale zrezygnowałem z nich dla niego. Chcę go uczyć tego, czego ten sport nauczył mnie: dyscypliny, pasji, współpracy z ludźmi i ciężkiej pracy. Chcę, aby zarażał tym też swoich kolegów.
A zatem, co sprawiało, że tak często zmieniałeś kluby w przeszłości?
Na wczesnym etapie swojej kariery za bardzo goniłem za pieniędzmi. Zastanawiałem się, gdzie zarobię o kilka czy kilkanaście tysięcy wiecej. Jeśli miałbym coś doradzić szczególnie zawodnikom z USA, to powiedziałbym, żeby skoncentrowali się przede wszystkim na robieniu progresu sportowego. Jeśli go zrobią, pieniądze same przyjdą prędzej czy później. Niech szukają okazji na angaż w profesjonalnej organizacji i jakościowej drużynie z dobrym trenerem. Za siebie mogę powiedzieć, że za szybko chciałem być bogaty i za szybko zebrać jak najwięcej kasy. Dopiero z wiekiem nauczyłem się na spokojnie wszystko analizować i wybierać dla siebie najlepsze opcje.
Teraz jednak w wieku 38 lat postawiłeś przed sobą wyjątkowo trudne wyzwanie. Enea Basket w ostatnich latach udowadniała, że o play-offach potrafi tylko marzyć, bo nie potrafi się do nich w żaden sposób dostać. Każdy kolejny sezon ma być właśnie "tym", a jednak później przychodzi zawód. Co cię skłoniło, by dołączyć do Enei skoro w Noteci grałeś w play-offach?
Gram w Polsce przez wiele lat i znam trochę miasta w Polsce. Z mojego punktu widzenia, aby koszykówka się rozwijała w tym kraju największe miasta muszą mieć swoich przedstawicieli w najwyższej lidze. Pokazuje to Łódź i Warszawa. Dlaczego nie sprawić, by Poznań też znalazł się w gronie tych polskich koszykarskich stolic? To jest świetne miasto do życia. Okej, może nie mamy teraz właściwej hali do tego typu zmagań w Ekstraklasie, ale Poznań stać na koszykarskie sukcesy. Moi bliscy cieszą się z tego, że gram w drużynie z dużego miasta. Do transferu przekonały mnie też zapowiedzi prezesa, który powiedział mi: "Widziałem jak grasz i znam twoje osiągnięcia. Wszędzie, gdzie grałeś przynosiłeś play-offy. Masz wszystko, by nam je dać". Teraz dołączył do nas jeszcze mistrz w postaci trenera Valeiki, co pokazuje, że przyszłość Enei jest jasna.
Jednak nawet mimo tego, że na swoim koncie masz występy w play-offach, nigdy nie przekroczyłeś pierwszej rundy. Grasz w Polsce od ośmiu lat i to jeszcze się tobie nie udało. Czułeś z tego powodu dużą frustrację, że niezależnie czy grasz w Ekstraklasie w Anwilu czy w Kotwicy w 1. lidze, ten cel jest niemożliwy do zrealizowania?
To mnie prześladuje. Przed moim dołączeniem do Anwilu w pierwszym sezonie w Polsce byli na 13. miejscu w lidze. Potem, gdy przyszedłem zaliczyliśmy rekordową serię 13 zwycięstw z rzędu i dostaliśmy się do play-offów z pierwszego miejsca. Mieliśmy świetny zespół, perspektywy na mistrzostwo, dobre wyniki w Pucharze Polski... i odpadliśmy w pierwszej rundzie 2:3. Tak jak mówisz, potem odpadałem też w pierwszej rundzie z Notecią i Kotwicą czy przegapiałem play-offy z powodu jednej porażki więcej. Dla kogoś takiego jak ja, uwielbiającego rywalizację to było ekstremalnie frustrujące. Szczególnie, że otrzymywałem jeszcze teksty od moich dawnych kolegów z drużyny czy bliskich w stylu "stary, jak to jest, że grasz w lidze osiem lat i nic nie wygrałeś?".
Takie przeżycia to w twoim wieku bardziej powód do jak najszybszej ucieczki aniżeli dalszej walki (śmiech). Dlaczego nie zrezygnowałeś z dalszej walki o sukcesy w naszym kraju?
Mój syn jest Polakiem, tak samo jak jego matka. Mówię nieco po polsku i bardzo dużo rozumiem, więc można powiedzieć, że to jest mój drugi dom. Grałem w wielu polskich zespołach i czuję się tutaj bardzo komfortowo. Owszem, grałem we Francji, Niemczech, Szwecji, a nawet Korei, ale w Polsce wiele mnie trzyma. Szczególnie, że jestem coraz bliżej uzyskania mojego polskiego paszportu.
James Washington przekuł traumę w sukces. Dziś nie zapomina o najbardziej potrzebujących!
Co sprawia, że w przypadku tak licznych porażek w play-offach i braku trofeów w Polsce, wciąż utrzymujesz w sobie tę pasję i ten ogień do gry?Kiedy ciężko pracujesz, budujesz swój dom i czujesz się w nim komfortowo, znajdujesz swój przepis na szczęście. Często patrzymy na życie przez pryzmat wykonania pewnej misji, ja natomiast już teraz czuję się zwycięzcą. Na początku mojej przygody w Polsce dzieci podchodziły po autografy i wyrażały sympatię. W późniejszych latach zacząłem prowadzić obozy, a także mam swoją fundację. To znaczy dla mnie więcej niż wygranie mistrzostw. Oczywiście, nie zrozum mnie źle - na parkiecie zawsze gram, aby wygrać. Jednak w życiu czuję się tym zwycięzcą. Między innymi dlatego, że mam pięknego, inteligentnego i utalentowanego syna. Jedno z polskich dzieci wyjechało do Ameryki i zamieszkało u moich rodziców. Chodzi do liceum i gra w koszykówkę w drugim najlepszym zespole w kraju. To niesamowicie utalentowany dzieciak, który ma szansę dostać się do NBA. To takie rzeczy chcę wygrywać. Są w życiu ważniejsze rzeczy niż trofea, nieważne, gdzie bym grał.
To bardzo inspirujące przemyślenia. Zastanawiam się, czy dążysz do bycia idolem nie tylko rzecz jasna dla swojego syna, ale też dla innych, młodych, aspirujących koszykarzy. Prowadzisz obecnie bogatą w doświadczenia karierę, pełniąc rolę ważnego zawodnika, co jest szczególnie ciekawe, bo mierzysz 177 centymetrów wzrostu. Masz jakieś rady dla młodych, potencjalnych graczy, którzy napotykają na swojej drodze trudności związane właśnie chociażby z warunkami fizycznymi?
Definitywnie nie należę do najwyższych na parkiecie, ale czuję dumę zawsze, gdy gram, a w szczególności, gdy występowałem w Ekstraklasie. Zawsze byłem pewny siebie, bo wkładałem wszystko w pracę - za zamkniętymi drzwiami, przed treningiem i po treningu, w domu, na siłowni, w sali gimnastycznej. Jeśli wdrożysz do gry wszystkie swoje najlepsze cechy, kiedy nikt nie patrzy, wszyscy zobaczą efekty twojej pracy, gdy grasz. Często słyszałem, że jestem zbyt pewny siebie w koszykówce, ale prawda jest taka, że jeśli zakochujesz się w jakiejś dziedzinie życia, sukcesy w niej przyjdą ci tak łatwo jak w trakcie nauki chodzenia. Może i nie mam dwóch metrów wzrostu, ale mogę robić możliwie jak najlepiej inne rzeczy, na które mam wpływ. Mogę walczyć o piłki przy przechwytach, mogę dyrygować grą, mogę jak najbardziej motywować swój zespół. Pod tym względem staram się być inspiracją. Przekazuję to na swoich obozach i chciałbym móc go przeprowadzić w Polsce, aby nie tylko uczyć dzieciaki gry w kosza, ale też tego o czym rozmawiamy - życia, pewności siebie, pomagania innym.
Możesz stwierdzić obecnie, że poświęciłeś wszystko koszykówce, gdy patrzysz wstecz? Poprowadziłeś swoje życie nie zakładając innej drogi?
Wywodzę się z Saint Louis. Dorastałem w jednym z najbardziej niebezpiecznych miejsc w USA. Mój ojciec, mój wujek i inni bliscy pokierowali moim życiem tak, abym mógł wiele osiągnąć. Ich obecność sprawiła, że w dzieciństwie przechodziłem przez życie "grając na kodach". Miałem też swojego anioła stróża - mojego kuzyna, który był dla mnie jak brat. Mam go wytatuowanego na ręce. Byliśmy w tym samym wieku i zawsze graliśmy razem w każdej drużynie: czy to koszykarskiej, czy to baseballowej czy futbolowej. Nazywał się Kenslow i grał z numerem "15", tym samym, z którym gram ja teraz w moim 15. sezonie. Niesamowita historia. Zginął, kiedy mieliśmy 14-15 lat. Był napawdę niesamowity, o wiele lepszy ode mnie. W tamtym czasie świadomość problemów psychicznych i istota dbania o tą część życia nie była tak głośna.
To wstrząsające...
Szczerze? Nie miałem pojęcia jak sobie z tym poradzić w zdrowy sposób. Wywodzę się z niebezpiecznego miejsca, gdzie traciłem wujów i kuzynów, ale to był dla mnie prawdziwy cios. Dawałem sobie radę z tym wszystkim tylko idąc na salę gimnastyczną, a w collegu nawet tam spałem. Nieważne czy była północ czy było południe - wracałem na parkiet i ćwiczyłem rzuty. Miałem obsesję na tym punkcie. Teraz oddaje ze sto rzutów i może pudłuję pięć. Lata treningów przyniosły mi mnóstwo korzyści. Kenslow jest moją największą inspiracją i do dziś w trakcie meczów czasem widzę go wśród publiczności. Wiem, że mnie ogląda i znów jest to dla mnie ta "gra na kodach".
Tym wyznaniem jasno dałeś do zrozumienia, że wszelkie pytania dotyczące presji w kontekście play-offów są zdecydowanie nie na miejscu w twoim przypadku
To wszystko mnie ukształtowało. Teraz moja rodzina może żyć w lepszej części Saint Louis, a kiedy wydostajesz się z takich miejsc czujesz, że stać cię na wszystko. Zabawne, że przywołałeś ten temat, bo pewnego dnia razem z Andrzejem Krajewskim ćwiczyliśmy rzuty osobiste i żartowaliśmy z trenerem Valeiko o presji, która towarzyszy "Krajcy", gdy musi stanąć na linii. Próbował ją na mnie wymusić, a ja powiedziałem mu na to wtedy: "Stary, zaufaj mi. Po tym, co przeszedłem, rzuty osobiste to najmniejsze czym się przejmuję. To najprostsza rzecz". Tak jak mówiłem, moja fundacja zajmuje się właśnie dbaniem o zdrowie psychiczne. Ludzie powinni o tym słuchać coraz więcej. Przez to staną się bardziej świadomi tych problemów. Będą sprawdzać, co u ich bliskich i upewniać się czy wszystko z nimi jest okej. To jest coś większego niż koszykówka i jest to jeden z najważniejszych dla mnie tematów.
Skoro zrobiło się tak poważnie, to może zakończymy naszą rozmowę, mimo wszystko pozytywnym akcentem. Odpowiedz mi proszę na pytanie, skąd masz numer telefonu do Jaysona Tatuma?
Jayson to mój dobry przyjaciel. Tak się szczęśliwie złożyło, że pochodzimy z tego samego miasta czyli z Saint Louis. Wiesz, co jest najlepsze? Moje liceum, gdy tam grałem, było naprawdę dobre, a w zasadzie najlepsze w kraju. On wraz z Bradleyem Bealem przychodził oglądać mnie w akcji. Role całkowicie się wtedy odwróciły (śmiech). Latem ze sobą trenujemy, a także wspólnie bierzemy udział w prywatnych przyjęciach. Regularnie rozmawiamy też przez Face-Time. To naprawdę świetny gość i robi mnóstwo rzeczy dla Saint Louis - prowadzi fundację, organizuje różne turnieje, przekazuje za darmo odzież, a także robi różne akcje dla dzieci w szkołach.
Komentarze (0)