reklama

Poznański olimpijczyk: "Książę Harry to super gość. Te zawody przebiły igrzyska"

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: | Zdjęcie: archiwum prywatne

Poznański olimpijczyk: "Książę Harry to super gość. Te zawody przebiły igrzyska" - Zdjęcie główne
Zobacz
galerię
8
zdjęć

foto archiwum prywatne

Udostępnij na:
Facebook
Lekka atletyka Kamil Masztak to były sprinter, najpierw AZS-u AWF-u Poznań potem Grunwaldu, dwukrotny olimpijczyk (Pekin i Londyn), który był bardzo blisko wyjazdu także na zimowe igrzyska (w bobslejowej czwórce zrobił kwalifikację, ale nie znalazł się w składzie olimpijskim). Wielokrotny medalista mistrzostw Polski w sprintach, rekordzista Polski w sztafecie 4x100 metrów, medalista Pucharu Europy, Uniwersjady i Igrzysk Wojskowych. Po zakończeniu kariery związał się zawodowo z Wojskiem Polskim, w którym pracuje do dzisiaj. W ubiegłym roku był w sztabie reprezentacji Polski na Invictus Games (w Düsseldorfie) - wielodyscyplinarne zawody sportowe stworzone przez Księcia Harrego, skierowane do żołnierzy i weteranów wojennych rannych podczas misji. O spotkaniu z Księciem Harrym, poczuciu ducha olimpizmu, służbie w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym, sportowej karierze, klubie Poznań Athletics, o tym co czasami boli, a co cieszy opowiedział w rozmowie dla sportowy-poznan.pl.
reklama

Beata Oryl-Stroińska, sportowy-poznan.pl: Mówisz o sobie jestem sportowcem, czy jestem byłym sportowcem?

Kamil Masztak: Byłym. Zdecydowanie byłym.

Pytam, bo sport nadal wypełnia Twoje życie, i to w bardzo dużym wymiarze, prawda?

- Tak, to prawda. W Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym koordynuję grupę lekkiej atletyki, założyłem też ze znajomymi niedawno klub sportowy, sam jestem aktywny, nie wyobrażam sobie bez tego życia. 

Jak trafiłeś do CWZS-u?

- Każdy sportowiec w Wojsku ma w nim swój określony czas, czas kariery sportowej. I tak też było w moim przypadku. Po karierze i byciu zawodnikiem WKS-u Grunwald trafiłem na trzy lata do pracy na Kompanię Ochrony w 31. Bazie Lotnictwa Taktycznego, gdzie zostałem dowódcą drużyny. I chociaż miałem swój pomysł na siebie, to dostałem propozycję koordynowania w CWZS grupy lekkiej atletyki.

Zgodziłeś się bez wahania?

- No właśnie nie. Powidziałem, że ja tu już nie wracam. Ale miłość do lekkiej atletyki zwyciężyła, przemyślałem to i podjąłem się tego zadania. Moje obowiązki to koordynowanie pracy polskich lekkoatletów-żołnierzy. Muszę zadbać od strony formalnej o ich wyjazdy z klubu, na zgrupowania, zawody krajowe, zagraniczne, muszę zadbać o ich zwolnienia, bo oni służą w wojsku, są tutaj zatrudnieni. Muszę też śledzić ich wyniki, ale także potencjalnych kandydatów, którzy w przyszłości mogliby wstępić do CWZS, bo ten czas jest tutaj określony. A nie każdy spełnia wymagania i nie każdy się nadaje.

Bo nie jest gotowy, by być żołnierzem? To nie jest więc tak, że oni tylko zakładają mundur na podium, do zdjęć i koniec?

- Absolutnie nie. Oni są sportowcami, ale dla nas są przede wszystkim żołnierzami. I muszą mieć świadomość, że to jest służba i że może być sytuacja, w której zostaną wezwani do innych zadań. Obowiązek wynikający ze służby to ochrona ojczyzny, muszą o tym wiedzieć, pamiętać i być gotowi na wszystko.

Byłeś dwa razy na igrzyskach olimpijskich, ale mówisz, że prawdziwą ideę igrzysk, ideę Pierra de Coubertina zobaczyłeś i poczułeś całkiem niedawno, podczas Invistus Games. Jak tam się znalazłeś?

- Jako koordynator lekkiej atletyki dostałem propozycję przygotowania polskich weteranów wojennych do tych zawodów, igrzysk Invictus Games. Bo była tam spora grupa osób, które miały starować w konkurencjach lekkoatletycznych.

I pewnie znów od razu nie powiedziałeś TAK?

- Nie byłem pewien, bo jak ja się już czegoś podejmuję, to chcę to zrobić na sto procent. A mam sporo obowiązków, wyjazdów służbowych. Dużo było rozmów, ale ktoś mi powiedział "słuchaj, na takich zawodach jeszcze nie byłeś". Pomyślałem, że jak dwukrtonie byłem na igrzyskach olimpijskich, to kuszenie mnie Invictusem nie jest argumentem. 

Teraz zmieniłeś zdanie?

Tak, zmieniłem. W mojej ocenie to wydarzenie przebiło igrzyska olimpijskie. Po pierwsze pod względem organizacyjnym, bo wszystko było na najwyższym poziomie. Fundacja Księcia Harrego robi coś niesamowitego i trzeba to przeżyć żeby to zrozumieć. Ale przede wszystkim pod względem sportowym. Ta czysta idea olimpizmu była właśnie tam, na Invictusie. Tam nie ma walki o sukces, nie ma egoizmu. To są ludzie, którym stworzono możliwość wyrwania się z problemów przez sport i integrację. Startują osoby z dysfunkcjami fizycznymi, jak choćby amputacjami, których doznali na wojnie, na służbie. Ale są to przede wszystkim osoby, które mają PTSD - zespół stresu pourazowego, ludzie, którzy widzieli jak giną ich przyjaciele, koledzy ze służby.

Przeżywanie z nimi emocji nie było chyba łatwe?

To prawda. Zapamiętam wiele chwil, wiele momentów, obrazów, ale o jednym powiem. Na trybunach są rodziny Invictusów, bo mają oni prawo zabrać na zawody dwóch członków rodzin. Widziałem płaczącego ojca, który wzruszył się patrząc na swojego syna, żołnierza wojennego, który stracił na wojnie swoich przyjaciół. Syna, który wyszedł do ludzi, otworzył się na świat, wystartował w zawodach i zdobył medal. Płacz tych rodzin, rodziców - nie zapomnę tego nigdy. Na sam koniec przeprosiłem polskich zawodników, bo przyznałem się, że początkowo nie chciałem z nimi jechać. Ale dostarczyli mi tyle emocji, wrażeń i tyle życiowej nauki, że jestem im za to bardzo wdzięczny. To oni pokazali mi prawdziwą ideę olimpijską.

A spotkanie z Księciem Harrym? Brzmi jak z bajki... 

Wiedziałem, że on tam będzie, ale nie spodziewałem się, że będzie na wyciągnięcie ręki. Pierwszy raz minęliśmy się w drzwiach. Odważyłem się zagadać, a on stanął, przywitał się, porozmawiał. On jest niesamowity. Podchodził do zawodników, pytał się skąd są, jak im się podoba i wielokrotnie powtarzał, jak bardzo się cieszy naszą obecnością. Super gość, też żołnierz, weteran. Wie co ci ludzie czują.

Wręczał też razem z Meghan medale

Tak, to taka tradycja. Byłem tam też asystentem trenera reprezentacji Polski w siatkówce na siedząco. Zdobyliśmy złoty medal i Książę Harry osobiście wręczał nam medale. Wspaniałe emocje podczas finału i ceremonii. 

Wróćmy do Twojej kariery sportowej. Skąd się wziął pomysł z bobslejami?

Bobsleje długo "za mną chodziły". Na zgrupowania do Spały przyjeźdżali nasi bobsleiści. Zwracali na siebie uwagę, hala była jeszcze wtedy na drewnianych legarach i jak oni biegali to hałas był straszny. Widziałem, że  tam byli potrzebni szybcy i silni, zastanawiałem się więc, czy bym się nadał. Był rok 2016. Sztafeta nie zakwalifikowała się do igrzysk w Rio, a moim celem było w nich wystartować, bo ja dopiero po Londynie zacząłem się rozwijać. Pobiłem życiówki na 60, 100 i 200 metrów. Było więc mi szkoda to zmarnować. Zgłosiłem się do Polskiego Związku Bobslei i Skeletonu. I miałem sen, że zadzwonili do mnie. I gdy opowiadałem żonie o tym śnie to ... zadzwonili ze Związku. I tak, po testach trafiłem do kadry. 

Mogłeś zostać też pierwszym polskim sportowcem, który wystartowałby zarówno w letnich, jak i w zimowych igrzyskach. Dlaczego tak się nie stało?

To dość bolesne wspomnienie, bo byłem bardzo blisko. Przez cały czas robienia kwalifikacji, czyli Puchary Świata, Europy byłem w czwórce w podstawowym składzie i wywalczyłem razem z załogą kwalifikację do PyeongChang. Nie przyszło mi nawet do głowy, że mogę nie pojechać. Na dzień przed ogłoszeniem składu reprezentacji Polski dostałem jednak informację, że ja nie jadę. Trener uznał, że jestem za wysoki na drugą pozycję. 

Miałeś mu to za złe?

Tak, miałem i mam do tej pory. Uważam, że jeśli tak myślał, to powinien powiedzieć mi to dwa lata wcześniej, wtedy nie zmarnowałbym tych dwóch lat. A to były dla mnie bardzo ważne i bardzo trudne dwa lata. Nie miałem możliwości być przy żonie, kiedy była w ciąży, bo postawiłem na sport. Do tego rozłąki i jak się okazało stracone chwile z rodziną. I to mnie bardzo bolało. 

To znaczy że nie czujesz się spełnionym sportowcem?

Nie. To było jedno z doświadczeń, ale czuję się spełnionym sportowcem, bo sport mnie ukształtował jako człowieka. Dał mi pewność siebie, bo jako nastolatek byłem bardzo nieśmiały. Gdy trafiłem do Poznania to był dla mnie ogromny przeskok. Zdolny chłopak z Białegostoku trafia tutaj na studia i trenuje razem z kadrą sprinterów. Pomyślałem, że może nie jestem jednak nikim, że coś potrafię. Sam fakt, że trenowałem z Marcinem Urbasiem, Marcinem Jędrusińskim, Tomkiem Ścigaczewskim dał mi kopa do działania. Zmieniło się moje myślenie. Nie chciałem już małych sukcesów, chciałem pojechać na igrzyska. Wielu znajomych się ze mnie śmiało, a ja pojechałem. Najpierw do Pekinu, a potem do Londynu. Zawsze będę wdzięczny za to, co sport mi dał. 

Nauczyłeś się, że wiele zależy od nas samych?

Oczywiście i było wiele takich sytuacji. Pamiętam jak pojechałem ze sztafetą na mistrzostwa świata, ale byłem rezerwowym, bo trener postanowił nie zmieniać składu z biegu, w którym chłopacy byli blisko pobicia rekordu Polski. Ale to sie nie udało. I ja cały czas miałem w głowie myśl, że rekord Polski będzie, jak ja z nimi pobiegnę. I tak się stało. Zrobiliśmy to na igrzyskach w Londynie. Chociaż nie weszliśmy do finału, to pobiliśmy 32-letni rekord kraju. 

I chcesz tej wiary w siebie uczyć w klubie, który niedawno założyliście z Moniką i Krzysztofem Stefanowiczami "Poznań Athletic"?

- Tak. Chcieliśmy ruszyć trochę lekkoatletyczny Poznań, wykorzystać to, że jesteśmy praktykami i przenieść to nasze kilkudziesięcioletnie doświadczenie sportowe na pracę z młodymi ludźmi. I nie chodzi tu o wyniki. Chodzi o motywację, o pokazanie im, że małymi krokami, pracą, zaangażowaniem da się spełniać marzenia. Chcielibyśmy żeby w młodych ludziach tkwiła potrzeba ruchu. Nie wymagamy wyników i bycia najlepszym. Chcemy stworzyć dla nich miejsce, gdzie będą się dobrze bawić, ale będą też robić postępy i wyznaczać sobie cele. 

WRÓĆ DO ARTYKUŁU
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama