Życiówka piłkarza Lecha Poznań? Znów przypomina o swoim ogromnym talencie
Patrik Walemark zalicza znakomite wejście w nowy sezon. Przypomniał kibicom swoje momenty świetności, kiedy to dołączał do drużyny w 2024 roku. Szwed staje się żywym dowodem na to, ile znaczy determinacja w pracy, ciągłość gry oraz przede wszystkim zaufanie trenera. Pomocnik jest obecnie pierwszoplanową postacią w zespole Nielsa Frederiksena, co w dużej mierze zawdzięcza nie tylko sobie, ale też i brakom personalnym czy jakościowym na skrzydłach. Walemark doskonale wykorzystuje nadaną szansę i notuje póki co najlepszy statystyczny start w swojej seniorskiej karierze.
Wynik Szweda to do tej pory dwie asysty i sześć goli w ledwie dziesięciu spotkaniach. Złożyły się na to kapitalne występy w rozgrywkach europejskich. W kwalifikacjach do Ligi Mistrzów zaliczył strzelecki dublet z Aarhus, a potem dołożył do tego jeszcze dwa gole z FC Thun przy Bułgarskiej w kwalifikacjach do Ligi Europy oraz bramkę w rewanżu. Nie oszczędził też golkipera Klaksvik, notując u Farerów zarówno gola jak i dwie asysty. Ktoś może powiedzieć, co to za sztuka pokonywać bramkarzy niskonotowanych ekip, ale prawda jest taka, że Walemark robi to w taki sposób, że aż trudno nie docenić jego kunsztu.
- Wcześniejsze miesiące wiązały się z wieloma wzlotami i upadkami, jeśli chodzi o moje zdrowie. Od kiedy jednak wróciłem do pełni sił i formy, czuję się świetnie - przekonywał w rozmowie z Adrianem Gałuszką dla Lecha Poznań, Patrik Walemark.
Podpierając jego fenomenalną efektywność na liczbach, należy wspomnieć, że w swoim drugim sezonie w Hacken w pierwszych dziesięciu meczach zdobył tylko dwa gole i trzy asysty. Natomiast w drugim sezonie dla Feyenoordu jego wynik po dziesięciu meczach wliczając wszystkie rozgrywki wynosił gola i trzy asysty. Jeszcze później była to bramka oraz tylko dwa decydujące podania.
Teraz Walemark mocno przybliżył się swoimi wynikami do liczb, które prezentował od razu po wejściu do drużyny Nielsa Frederiksena jesienią 2024 roku. Wtedy to w pierwszych 10 spotkaniach dał od siebie cztery gole (hat-trick z Koroną Kielce oraz bramka z Cracovią) wraz z asystą przeciwko GKS-owi Katowice. Wtedy to swoim obiecującymi liczbami oraz występami zapracował na wykupienie z Feyenoordu Rotterdam, stając się w mgnieniu oka ulubieńcem trybun. Teraz przypomina kibicom, dlaczego tak się stało.
Walemark jak... Robben? Między piłkarzami widać punkty wspólne
Walemark kibiców zachwyca przede wszystkim pięknymi golami, ale warto wspomnieć o meczu na Wyspach Owczych z Klaksvik, który stał się wizytówką jego znakomitego przeglądu pola. Dwa gole Lecha Poznań w tamtej rywalizacji to zasługa boiskowej inteligencji Szweda i jego znakomitych dośrodkowań w okolice jedenastki, gdzie nie mylili się Ishak oraz Kozubal. Jego wynik asyst mógłby być jeszcze wyższy i dobić nawet do trzech, gdyby nie pomylili się Palma i Hakans. Ten ostatni, choć nie skorzystał z jednej ze wrzutek swojego kolegi, okazał się bezbłędny po genialnym podaniu między liniami przy trafieniu na 4:0. Dodatkowo Walemark sam zwieńczył tamten mecz przepięknym trafieniem na 5:0.
Mecz przeciwko Farerom na wyjeździe uwypkulił najlepsze elementy boiskowej inteligencji byłego gracz Hacken, natomiast dwumecz z Thun pokazał jego instynkt zabójcy w polu karnym. Walemark przeciwko Szwajcarom znów dobitnie udowodnił to, jak wielkie zagrożenie powoduje wystawienie lewonożnego zawodnika na prawym skrzydle. Dwa gole w obu krajach mają punkt wspólny, a mianowicie ogrom jakości przy wykończeniu. Patrik Walemark zaprezentował wtedy swoją "firmówkę" czy zejście na lewą nogę i kliniczne, techniczne wykończenie.
Taki sposób prowadzenia akcji w ataku przywodzi na myśl legendarnego Arjena Robbena, który prezentował identyczne ruchy zaskakując raz za razem linię obrońców. Zwód stał się już piłkarskim klasykiem, który co prawda każdy odczytywał, ale jednocześnie nikt nie potrafił się przed nim bronić na przestrzeni lat. To samo jest w przypadku Walemarka - paleta jego zagrań w ofensywie nie jest bogata, ale ten jeden dopracowany do perfekcji ruch w postaci zejścia na lewą nogę i oddania mocnego, ale bardzo precyzyjnego strzału na dalszy słupek pozostaje poza zasięgiem obrońców czy bramkarza.
W przypadku obu panów możemy też mówić o nieprawdopodobnym przyspieszeniu, panowaniu nad piłką, dryblingu i tworzeniu ogromu zagrożeń po długich zagraniach na dobieg. Piłki do Walemarka forsujące linie formacji defensywnych zespołów to gotowy przepis na katastrofę dla rywali Lecha Poznań.
Oczywiście porównanie do Robbena należy traktować z przymrużeniem oka i odpowiednio dobrać skalę, natomiast niezmiennie Patrika Walemarka w takiej formie ogląda się z prawdziwą przyjemnością tak jak wspominanego Holendra. Nawet jeśli nie atakuje tylko po nagłych zejściach do środka, to mistrzowskie wykończenie lewą stopą jest stałym widokiem w meczach Lecha Poznań.
Piłkarz mówi o tajemnicy olimpijskiej formy. Teraz trzeba tylko odżyć w Ekstraklasie
W przypadku Walemarka jak na dłoni widać, ile znaczy dobrze przepracowany, pełny okres przygotowawczy. Nie jest tajemnicą, że gracz ten jest bardzo podatny na wszelkiego rodzaju urazy, co było ryzykiem wliczonym w cenę już podczas jego wypożyczenia z Feyenoordu. W ostatnich latach to właśnie one najbardziej wyhamowywały jego formę, a gracz Lecha Poznań był pod tym względem prawdziwym pechowcem. Kibice na świeżo mają w pamięci to, co wydarzyło się przed rokiem, kiedy to w kluczowym momencie sezonu piłkarz wypadł aż na... pół roku! Wcześniej natomiast potrafił sobie zaszkodzić nawet kalecząc się stłuczonym kuflem podczas mistrzowskiej celebracji.
Potem po powrocie ewidentnie dawał do zrozumienia, że musi złapać odpowiedni balans w kontekście formy. Musi dostać do, to co otrzymuje teraz czyli pełne zaufanie trenera, regularne możliwości gry od pierwszych minut oraz więcej czasu na odbudowę swojej bazy fizycznej po kontuzji.
Teraz wszystkie te punkty zostały spełnione, a jakość, wszechstronność i siłę Patrika Walemarka widzimy w pełnej okazałości. Potwierdza to sam piłkarz mówiąc w rozmowie z Adrianem Gałuszką, rzecznikiem prasowym Lecha Poznań, że ten okres przygotowawczy był tak naprawdę pierwszym... w pełni przepracowanym przed sezonem od kilku lat! Zaznacza, że miał po nim dobre przeczucia, co okazało się prorocze.
- Jak dotąd wiele rzeczy układa się po mojej myśli, także ten ostatni mecz był dobry i oby tak dalej. Ten indywidualny bilans rysuje się obiecująco, ale przede wszystkim chcę dalej czerpać przyjemność z gry, jeśli to się uda, to liczby także będą przychodzić. Znajdujemy się na fali wznoszącej, nie mam co do tego wątpliwości. Zawsze na początku sezonu potrzebujesz trochę czasu, żeby wkomponować nowych piłkarzy, żebyśmy się nawzajem znaleźli i wszystko zaskoczyło. Na to pracujemy każdego dnia i fajnie, że przynosi wyniki - podkreślał w rozmowie dla klubowych mediów sam zainteresowany.
Jakość piłkarza i jego tendencja wzrostowa są szczególnie cenione przez trenera Nielsa Frederiksena, który wyciąga wnioski z przeszłości i robi wszystko, aby nie nadwyrężać zdrowia swojego podopiecznego. Pokazał to w pierwszym meczu przeciwko Thun, będąc gotowym zdjąć rozkręcającego się Szweda w celu zapobiegnięcia urazu. To dobitnie świadczy o wartości skrzydłowego dla pierwszego zespołu choć naturalnie znów trzeba wspomnieć o sytuacji kadrowej na jego pozycji, która nie rozpieszcza trenera. W obliczu nieobecności Bengtssona i Gholizadeha przy nieprzekonującej formie Palmy, Walemark pełni tam rolę jokera.
Kibice Lecha Poznań wciąż liczą na utrzymanie wysokiej dyspozycji swojego piłkarza choć z pewnością wszyscy czekają także na to aż piłkarz dojdzie też do głosu w polskich rozgrywkach. Jak dotąd błysnął liczbami tylko w meczu z Górnikiem Zabrze w Superpucharze Polski, kiedy to zaliczył asystę. Teraz pora zadbać o wyniki w Ekstraklasie. Przeciwko Piastowi Gliwice w ostatnim spotkaniu w tych rozgrywkach oddał trzy strzały, zaliczył 10 celnych podań z 13 prób i wygrał dwa z czterech prób pojedynków. To całkiem niezły zwiastun przed rywalizacją z Widzewem Łódź.
Komentarze (0)