Niels Frederiksen nie zdecydował się na wprowadzenie znaczących zmian w wyjściowym składzie względem rywalizacji z Klaksvik. Wszystkich kibiców Lecha Poznań przed spotkaniem najbardziej interesowało, kto przejmie na siebie obowiązki Mikaela Ishaka pod jego nieobecność? W rolę "dziewiątki" finalnie wcielił się Allahyar Sayyadmanesh, a w związku z jego przesunięciem wyżej, do składu wskoczył Radosław Murawski.
Perfekcyjna pierwsza połowa Lecha Poznań. FC Thun zostało wgniecione w ziemię
Od pierwszego gwizdka widać było, że żadna z drużyn nie ma najmniejszego zmiaru zrezygnować ze swojego stylu gry. Thun i Lech postawiły na bardzo wysoki pressing, nie dopuszczając rywali choćby blisko pola karnego. Gołym okiem było widać jak wielką wagę podopieczni Nielsa Frederiksena przywiązywali do tego, by za wszelką cenę uniemożliwiać Szwajcarom ataki po fazach przejściowych. Pokazywała to w szczególności zdecydowana, agresywna postawa Skrzypczaka oraz Mońki, którzy kryli napastników Thun jakby od tego zależało ich życie.
Pressing Kolejorza błyskawicznie przyniósł zadowalające efekty. To po jednym z pierwszych poważnych błędów pod bramką Thun piłkę przechwycił Patrik Walemark, a następnie popisał się kapitalnym rajdem na bramkę i jeszcze lepszym wykończeniem. Lech wyszedł na prowadzenie w dziewiątej minucie i od tamtej pory tylko rósł w oczach. Szwajcarzy stracili kontrolę nad spotkaniem, a ich rywale nie dość, że zaczęli częściej byli w posiadaniu piłki, to w dodatku wyprowadzali naprawdę groźne akcje między liniami.
Drużyna przyjezdnych gubiła się coraz bardziej z minuty na minutę i potwierdziła to bramka na 2:0 w 20. minucie spotkania. Wtedy to znów długie podanie na dobieg swojemu partnerowi posłał tym razem Pablo Rodriguez. Allahyar Sayyadmanesh fenomenalnie utrzymał się na granicy spalonego i urwał się spod krycia obrońców ponownie wychodząc sam na sam z bramkarzem tak jak wcześniej Walemark.
Pięć minut później było natomiast już 3:0 po tym, gdy Michał Gurgul posłał znakomite dośrodkowanie w pole karne Steffena, które bezwzględnie pięknym strzałem znów wykończył Patrik Walemark. Szwajcarzy nie potrafili znaleźć żadnej konkretnej recepty na problemy na ataki Kolejorza, które sunęły raz za razem z każdej części boiska. Lech wyglądał jakby nie chciał tylko wygrać dzisiejszego spotkania, lecz zmasakrować swoich rywali, którzy ewidentnie nie byli przygotowani na to, co ich spotkało w czwartkowy wieczór.
Lech serwował swoim przeciwnikom gola za golem, a Thun wyglądało jakby błagało o koszykarski time-out. Tak się jednak nie działo, a gospodarze wrzucali szósty bieg w swojej grze. Nawet stałe fragmenty gry nic nie przynosiły mistrzom Szwajcarii, bowiem to właśnie po jednym z nich do siatki trafił Mateusz Skrzypczaka na 4:0. Nie było chwili, w której to Kolejorz mimo ogromnego prowadzenia choćby na chwilę odpuścił swoim przeciwnikom.
Podopiecznym Nielsa Frederiksena wychodziło dziś po prostu wszystko: każde podanie było celne, każda decyzja dobra i każdy odbiór właściwy. Najlepiej potwierdziła to akcja bramkowa na 5:0 autorstwa Pablo Rodrigueza, który genialnym podaniu obsłużył Radosława Murawskiego. Fenomenalne zarządzanie przestrzenią i inteligentne przenoszenie ciężaru było jedną z najgroźniejszych broni Lecha Poznań. Mistrzowie Polski po pierwszej połowie wyglądał jak zespół o kilka klas wyżej od FC Thun.
Lech Poznań starł rywali na proch. Co za spektakl przy Bułgarskiej!
Pomimo tego, że otwarta gra dla FC Thun przynosiła mu absolutnie wszystko co najgorsze trener Privitelli nie zamierzał rezygnować ze swojego odważnego stylu. Szwajcarzy prowadząc mecz w ten sposób po prostu pchali się w gips, a potwierdzenie tego nadeszło już w 47. minucie po golu Daniela Hakansa na 6:0. Piłkarzy Kolejorza nie dawało się w żaden sposób pokonać, zmęczyć, zajechać. Podopieczni Nielsa Frederiksena wyglądali wręcz jakby od każdego ich przechwytu zależało życie - byli piekielnie agresywni w pressingu i nie zostawiali przeciwnikom choćby centymetra wolnego miejsca przy przyjęciu piłki
W drugiej połowie jednak obraz meczu się zmienił i to FC Thun zdecydowanie mocniej przejęło kontrolę nad spotkaniem. Lech natomiast prezentował niezwykle wytężoną pracę bez piłki, koncentrując się w pełni na szukaniu swoich okazji strzeleckich po bardzo wysokich odbiorach piłki. To mogło się zemścić na gospodarzach, bowiem Szwajcarzy byli bliscy tego, by nieznacznie poprawić sobie humory zdobywając jedną z najbardziej kuriozalnych bramek w tym sezonie, ale sędzia odgwizdał spalonego.
Poza tym momentem FC Thun było jednak zupełnie bezradne i słabsze od Lecha praktycznie w każdym aspekcie. Kolejorz wyglądał jak drużyna, która praktycznie nie posiadała żadnych słabości, a w dodatku nieustannie uprzykrzała Szwajcarom życie. Wydawało się, że Kolejorz przede wszystkim demolował przeciwników dzięki rewelacyjnej formie fizycznej. Podopieczni Nielsa Frederiksena mogli realizować swój plan na mecz właśnie ze względu na to, że ani na moment nie ściągali stopy z gazu.
Gwóźdź do trumny Szwajcarów wbił w 79. minucie Robert Gumny i to sprawiło, że FC Thun wreszcie przeszło do głębszej defensywy. W ten sposób Kolejorz już przez przeszkód w ostatnich dziesięciu minutach spotkania utrzymał siedmiobrakowe prowadzenie i zachował pełną kontrolę nad meczem. Tym samym tylko już absolutna piłkarska apokalipsa może sprawić, że Kolejorz nie zakwalifikuje się do Ligi Europy. Dziś wyglądał po prostu jak zespół z kompletnie innej galaktyki.
Lech Poznań - FC Thun 7:0 (5:0)
Gole: Walemark 10., 25., Sayyadmanesh 20., Skrzypczak 31., Murawski 45., Hakans 47., Gumny 79.
Lech: Lis - Pereira, Mońka, Skrzypczak, Gurgul - Murawski, Kozubal (Delikat 80.), Rodriguez (Berggren 63.) - Palma (Gumny 64.), Sayyadmanesh (Szymczak 80.), Walemark (Hakans 37.).
Thun: Steffen - Fehr, Bament, Burki, Heule (Strannegard 46.) - Reichmuth (Burgy 56.), Roth, Zoukit (Saiz 46.), Matoshi - Gutbub (Dursun 45+1), Labeau.
Kartki: Murawski 87. - Lech - Reitchmuth 50., Strannegard 70. - Thun
Sędziował: Sebastian Gishamer (Austria)
Komentarze (0)