Niesamowita droga wychowanka Lecha Poznań. "Groziła mi gra w regionalnej lidze"

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor:

Niesamowita droga wychowanka Lecha Poznań. "Groziła mi gra w regionalnej lidze" - Zdjęcie główne
Autor: Przemysław Szyszka/lechpoznan.pl | Opis: Historia wychowanka Lecha Poznań to gotowy scenariusz na niezły film superbohaterski.

reklama
Udostępnij na:
Facebook
Piłka nożna"Mam dopiero 26 lat. Ja dopiero będę najlepszy" mówił w grudniu 2025 roku Tymoteusz Puchacz świeżo po transferze do azerskiego Sabah Baku. Wtedy to część kibiców traktowała transfer do tamtego klubu jako odcinanie kuponów od dawnej sławy lub desperacką ucieczkę przed Ekstraklasą. Zapewne nikomu nie przychodziło wtedy do głowy, że pół roku później to właśnie w koszulce tego klubu wychowanek Lecha Poznań przekroczy bramy piłkarskiego raju dosłownie wprowadzając swój klub do Ligi Mistrzów w nieprawdopodobnych okolicznościach.
reklama
reklama

Etap kariery po Lechu poddał Puchacza licznym próbom

Droga Tymoteusza Puchacza do najbardziej prestiżowych, międzynarodowych, klubowych rozgrywek wyraźnie pokazuje, że decydując się na podróż w stronę swoich marzeń trzeba mieć w sobie wytrwałość, determinację i przede wszystkim ogrom wiary w to, że wszystko w życiu jest po coś. Polakowi w ostatnim czasie nie brakowało skrajnie trudnych chwil, krytycznych głosów oraz momentów, gdy znalazł się na rozdrożu. Jednak zgodnie z tym, o czym śpiewał Grzegorz Markowski z zespołu "Perfect", możemy powiedzieć, że piłkarza za zakrętem spotkało przeznaczenie. 

Rozwiń

Po odejściu z Lecha Poznań w 2021 roku kolejne sezony testowały wiarę Puchacza w życiowy plan do granic możliwości. Najpierw nieudane sześć miesięcy w Unionie Berlin, gdzie mecze rozgrywał w zasadzie tylko w Lidze Konferencji. Potem względnie udana runda wiosenna w 2022 roku w tureckim Trabzonsporze, w którym to na koncie miał dziewięć spotkań w tureckiej Super Lig, opuszczając osiem pojedynków. Potem znowu regres na ławce w Unionie i powtórka z rozrywki w greckim Panathinaikosie. 

reklama

- Dzisiaj wiem, dlaczego nie grałem w Unionie i gdybym miał moją wiedzę z tego, jak zachowuję się teraz, podejrzewam, że wtedy w Unionie bym grał. Ja jednak wtedy grałem trochę pod siebie - wydaje mi się, że wtedy ten przeskok z Ekstraklasy do Bundesligi był bardzo duży. W Ekstraklasie grałem w mocnym zespole, graliśmy ofensywnie, a moje zadania w defensywie praktycznie nie istniały. Grałem ofensywnie i powiedzmy, że tym się wyróżniałem. Union to była inna bajka, bo to był zespół środka tabeli, a trener Urs Fischer przede wszystkim stawiał na taktykę, wybieganie i mniej własnej inwencji, na której opierałem swoją grę. Chciałem dryblować, a nie robić to, czego trener oczekiwał - wspominał Tymoteusz Puchacz niedawno w rozmowie dla "Kanału Sportowego".

reklama

Wydawało się, że piłkarz nareszcie obrał właściwy kurs w karierze przenosząc się do 1. FC Kaiserslautern, gdzie na zapleczu niemieckiej Bundesligi był dla tej ekipy fundamentalną postacią. Rozegrał 31 meczów w rozgrywkach ligowych, opuszczając tylko trzy mecze i notując aż 10 asyst. Równie dobrze szło mu w Pucharze Niemiec, gdzie rozegrał pięć z sześciu meczów zdobywając trzy kluczowe zagrania. 13 decydujących podań w sezonie i grubo ponad 3 tysiące rozegranych minut, a mimo to później znów nadeszły chude lata. 

W Holstein Kiel znów zaciągnięto hamulec ręczny, a wypożyczenie do Plymouth na zaplecze Premier League również niewiele mu dało w kontekście napędzenia swojej kariery. Mecze w FA Cup przeciwko Manchesterowi City czy Liverpoolowi okazały się zaledwie ładnym wpisem do piłkarskiego CV. W Anglii Tymoteusz Puchacz rozegrał przyzwoity sezon, ale nie wystarczył on do tego, by przekonać włodarzy Plymouth do wykupu zawodnika.

reklama

- Myślę, że moja przemiana następowała etapami. Już latem zacząłem zwracać na to uwagę. Kiedy odszedłem z Holstein Kiel do Plymouth trener zwracał mi na to uwagę. W Anglii była "łupanka". Było dużo grania w obronie, więc polubiłem to, a przychodząc do Sabah Baku pętla na mojej szyi była już tak zaciśnięta, że chciałem wszystko poprawić, co miałem do poprawienia. Byłem też w innym miejscu w życiu i byłem też innym człowiekiem - trochę być może bardziej rozgarniętym i chłodniej patrzącym na pewne rzeczy - mówił kilkanaście dni temu dla "Kanału Sportowego" Tymoteusz Puchacz w rozmowie z Mateuszem Borkiem.

Zanim jednak przyszedł czas zachwytów nad Sabah Baku, a piłkarz trafił do swojej ziemii obiecanej, Puchacz musiał przejść przez najczarniejszy moment, kiedy to pierwszy raz stanął pod ścianą. Niemcy latem 2025 roku nie wiązali z nim żadnej przyszłości i wyraźnie pokazywali, że stawiają na nim krzyżyk. Piłkarz znalazł się w próżni jeżeli chodzi o oferty i wydawało się, że piłkarski obieżyświat osiądzie wkrótce na mieliźnie. 

- Przez cały ten czas, który spędziłem trenując indywidualnie z Szymonem i ogólnie nie mając klubu de facto, bo mój "ukochany" Holstein Kiel mnie nie zgłosił do 2. Bundesligi i nie zabrał mnie na obóz do Stanów, żyło mi się wspaniale. Byłem szczęśliwy, ale gdy do końca okienka transferowego zostały trzy dni nie było wtedy nic. Nie było Sabah, jeszcze nie było "Gieksy" i groziła mi gra w regionalnej lidze. Pamiętam, że był lekki stres i płakałem w chacie z mamą przez nerwy, krzyczałem na tatę, nie radziłem sobie z emocjami - wspominał na gorąco po wtorkowym, historycznym wieczorze Tymoteusz Puchacz na kanale "Foot Truck".

Azerbejdżan ziemią obiecaną Puchacza. "Gość gra w szachy grając w piłkę nożną" 

Warto jeszcze raz podkreślić skalę trudności tej drogi, jaką przebył reprezentant Polski w drodze po Ligę Mistrzów. Siedem klubów w blisko pięć lat. Siedem klubów, a w żadnym z nich nie potrafił spędzić przynajmniej dwóch sezonów z rzędu. Siedem klubów, gdzie nie potrafił utrzymać zwyżkującej formy po przenosinach z jednego do drugiego. Kibice dobrze pamiętają lato 2025 roku, kiedy to w wieku 26 lat wydawało się, że zapierający się rękami i nogami przed powrotem do Ekstraklasy zawodnik, finalnie powróci do GKS-u Katowice z powodu braku satysfakcjonujących ofert za granicą. 

Rozwiń

Nikt nie mógł przypuszczać, że oferta skromnego, azerskiego Sabah Baku, który istniał wtedy od ledwie ośmiu lat okaże się wręcz boską ręką wyciągniętą w stronę Tymoteusza Puchacza. Polak miał trafić do klubu, w którym to pozornie będzie dobrze się bawił, odcinał kupony, stabilizował karierę i zyskiwał spokój. Tymczasem rzeczywistość okazała się kompletnie przeciwna, a wszystko to za sprawą niemalże równoczesnego przybycia do klubu trenera Valdasa Dambrauskasa z węgierskiego Diosgyor. 

- Trener Dambrauskas jest GOAT-em [akronim od Greatest Of All Time: "najlepszy wszechczasów" przyp. red.]. Myślę, że cały sztab super pracuje, ale trener tak dobiera taktykę i tak wyciąga wnioski, że po prostu wszystko działa. Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale w pierwszej połowie w pierwszym meczu graliśmy na dwie "szóstki", a teraz graliśmy na jedną "szóstkę" i dwie "ósemki". Przez to cztery razy stoper zagrywał do mnie piłkę, a ja od razu do Simicia, który był sam. Dokładnie to nam mówił na odprawie przedmeczowej: potem grasz i tak jest (...) Zagrałem pod jego batutą ze 40 meczów. Jak tylko widzi, że coś jest nie tak, to zmienia to, a i tak dalej to funkcjonuje. Jak ja grałem w pierwszym składzie to nie przegrałem z nim meczu - wspominał po ostatnim meczu kwalifikacyjnym czwartej rundy do Ligi Mistrzów Tymoteusz Puchacz na kanale "Foot Truck" 

Wszystko potoczyło się dla Puchacza wręcz idealnie. Sabah sprawiło gigantyczną sensację w Azerbejdżanie zrzucając z tronu Karabach Agdam, który królował na piłkarskiej scenie przez dziesięć lat. Tylko raz w sezonie 2020/21 oddał prym innej ekipie - Neftci Baku. Tymczasem w sezonie 2025/26 Sabah Baku zmiotło ligę, odstawiając finalnie Karabach Agdam na dziewięć punktów w tabeli. W lidze przegrało tylko trzy mecze, a od września zaliczyło nieprawdopodobną serię 27 meczów bez porażki. W pewnym momencie odnotowało też dziewięć zwycięstw z rzędu. 

- To, co mnie zachwyciło w warsztacie trenera to przygotowanie do konkretnego meczu i pomysł na niego. Generalnie plan zawsze zakłada, że chcemy grać wysoko, intensywnie, posiadać piłkę i tworzyć sytuacje. Jednak to, jak chcemy to robić często się zmienia. Piłkarze często dostosowują się do tego, czy płynnie przechodzimy na "trójkę", czy boczny obrońca wchodzi w środek, czy skrzydłowi szeroko grają szeroko czy wąsko. Kiedy przygotowujemy się do meczu, trener pokazuje nam zespół rywali pokazując, co robi i jak robi. Potem pokazuje jak my to zrobimy i dlaczego to będzie działać. Potem wychodzimy na trening, trenujemy, a następnie wychodzimy na mecz i... dzieje się dokładnie to samo, co on narysował. To jest wtedy dla ciebie proste i widzisz, że to działa. Kiedy to się powtarza, mówisz sobie: "gość gra w szachy grając w piłkę nożną. Rozstawia sobie pionki i mówi: grajcie" - relacjonował w rozmowie z Mateuszem Bokiem na "Kanale Sportowym" Puchacz. 

Tymoteusz Puchacz przeistoczył się w minionych rozgrywkach w filar swojej drużyny - czołową postać i lidera, który niósł na swoich barkach zespół nie tylko do mistrzostwa, ale i krajowego pucharu. W Premier Lidze rozegrał 28 meczów zyskując 12 asyst. Grał po 90 minut praktycznie w każdym meczu, spędzając na boisku w sumie 2400 minut. Jego odrodzeniem zachwycali się wszyscy, śledząc sukcesy w krajowych rozgrywkach. "Puszka" powrócił wtedy do czasów, kiedy to rozpalał oczekiwania sezonem w Kaiserslautern.

Rozwiń

Polak zaciera ręce przed Ligą Mistrzów. Z kim chce zagrać wychowanek Lecha Poznań?

Teraz wreszcie pierwszy raz po odejściu z Lecha Poznań doświadczamy sytuacji, w której lewy obrońca z sezonu na sezon utrzymuje wysoką formę. Sabah Baku okazało się jego miejscem na ziemi i pokazuje to też w kwalifikacjach do Ligi Mistrzów. Odnotował w niej pięć asyst w ośmiu meczach, a jedna z nich okazała się tą, która wprowadziła go wraz z kompanami do upragnionych rozgrywek. Zdobył ją... dośrodkowaniem w pole karne. Latami ten aspekt stanowił nie tylko wizytówkę piłkarza, ale i pożywkę dla krytyków.

Rozwiń

W gorszych chwilach kariery wychowankowi Lecha Poznań przypinano łatkę kogoś, kto jedyne co ma do zaoferowania to rajdy bokiem boiska i dośrodkowania w pole karne na ślepo nie zwracając faktycznej uwagi, czy ktoś tam faktycznie jest. Tymczasem teraz to właśnie jedno z tych dośrodkowań zagwarantowało marzenia. Również z tego względu historia Tymoteusza Puchacza, której moment kulminacyjny oglądaliśmy wczoraj wieczorem jest tak niezwykła. Sam piłkarz w rozmowie na kanale "Foot Truck" przyznawał na gorąco po spotkaniu, że to jednak nie było udane dośrodkowanie, bo... przeciągnął ten rzut rożny. 

Rozwiń

- Bardzo płakałem, nic nie widziałem, miałem zapuchnięte oczy. Płakałem od momentu, gdy strzeliliśmy na 4:2, a jak strzelił Joy-Lance na 5:2 to już zacząłem ryczeć strasznie. Od tamtego momentu siedziałem na ławce ryczałem jak bóbr i w pewnym momencie ktoś mnie wziął i chodziłem (...) Trener mnie zmienił, bo powiedziałem, że nie dam już rady grać. Odwróciliśmy ten mecz, gdy mieliśmy dwie bramki różnicy po błędach bramkarza. Powiedziałem sobie: "dobra, cudem udało się dociągnąć do tej dogrywki", ale ja od 75. minuty już nie mogłem. Chyba nigdy nie poprosiłem o zmianę, ale obiecałem sobie, że jak doprowadzimy do dogrywki to muszę to zrobić, bo jak to osiągniemy i ktoś wejdzie na 30 minut, to i tak da więcej ode mnie nawet jak jest mega słabym piłkarzem, a nie mamy takich. Ja już czułem, że nie doskakuje, że jestem wypruty i to jest bez sensu - wracał wspomnieniami do najtrudniejszych chwil meczu Tymoteusz Puchacz w rozmowie dla "Foot Trucka".

Rozwiń

Piłkarz wielokrotnie powtarzał, że to jak obecnie wygląda jego życie i szczęście, które za tym podąża zawdzięcza w dużej mierze swojej partnerce. Choć stara się wyznawać zasadę bycia tu i teraz, odpowiadając na pytania dotyczące tego przeciwko komu najbardziej chciałby zagrać w Lidze Mistrzów z pierwszego koszyka, twierdzi, że przeciwko FC Barcelonie na Camp Nou. Z drugiego koszyka natomiast marzy mu się mecz z Manchesterem United na Old Trafford, a z trzeciego pojedynek ze swoim przyjacielem Jakubem Moderem, który występuje w barwach Feyenoordu Rotterdam. 

Rozwiń

Marzenia te stają się teraz realne jak nigdy i być może wkrótce dojdzie do nich kolejne czyli ponowne powołanie Tymoteusza Puchacza do reprezentacji po dwuletniej przerwie. Tymoteusz Puchacz po raz ostatni zagrał z orzełkiem na piersi 18 listopada 2024 roku. Narzekający na braki lewych obrońców Jan Urban otrzymał wszelkie argumenty, by wskrzesić w kadrze tę pozycję i obsadzić ją chociażby tym właśnie wyróżniającym się graczem, który jest na ustach wszystkich. 

Rozwiń
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ

Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM

e-mail
hasło

Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)
Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama
logo