Sobotni sparing Lecha dostarcza wątpliwości. Kolejorz zdradził słabe punkty?
Sobotni mecz pomiędzy Lechem Poznań, a ekipą FK Železiarne Podbrezová przyniósł kibicom dziesięciokrotnego mistrza Polski dwie dość różne połowy. Jednym z czynników, które wpływały na ich odmienność była obsada środka obrony. Od początku meczu w parze zagrali razem Wojciech Mońka i Terry Yegbe. Obecnie wydaje się, że to właśnie oni będą stanowić naturalną parę dwóch najlepszych stoperów w ekipie Nielsa Frederiksena, co zresztą potwierdził ich wspólny występ.
Młodzieżowy reprezentant Polski to oczywista klasa sama w sobie. Najlepszy obrońca poprzedniego sezonu spisywał się znakomicie w sparingu z FK Železiarne, prezentując dominujący styl gry, dużą skłonność do przejęcia inicjatywy, mobilność, wszechstronność i chęć do prowadzenia piłki przy nodze. Operował praktycznie na całej szerokości pierwszej linii, pokazując, że może grać wszędzie, przeciwko każdemu i z tak samo rewelacyjnym skutkiem. Ghańczyk natomiast był jeszcze nieco przygaszony z racji na wstępny etap aklimatyzacji, ale kilkukrotnie dał po sobie poznać, że może stać się kapitalnym graczem. Już zaserwował swoim partnerom kilka długich, celnych podań progreswnych między liniami formacji, które mają stanowić jego tzw. "firmówkę" w nadchodzących rozgrywkach.
Dyspozycja wspomnianej dwójki stoperów bezsprzecznie będzie skupiać na sobie uwagę wszystkich sympatyków Kolejorza, ale pytanie... co poza nią? Oprócz sprowadzenia do klubu Terry'ego Yegbe władze Lecha Poznań nie potwierdziły żadnych innych zmian w środkowej części formacji defensywnej. Ponadto sam Niels Frederiksen dał ostatnio jasno do zrozumienia, że więcej transferów nie przewiduje. To oznacza, że zastępstwo za dwóch znakomitych obrońców będą stanowić Mateusz Skrzypczak, Alex Douglas czy młody Hubert Janyszka. Biorąc pod uwagę prezencję szczególnie wspomnianej wcześniej pierwszej dwójki w minionym sezonie, można mieć pewne wątpliwości odnośnie jakości, jaką wniosą zawodnicy do zespołu. Szczególnie, że ich rola tylko się zwiększy ze względu na stratę Antonio Milicia.
"Szwedzki Van Dijk" nie może ruszyć z dołka. Czy jakkolwiek poddźwignie się w tym sezonie?
Rozważania na temat back-upu Mońki i Yegbe należy zacząć od pozycji samego Alexa Douglasa, który na razie na przestrzeni dwóch sezonów w Lechu Poznań zrobił jedynie pierwsze dobre wrażenie. Piłkarzowi należy oddać, że wszedł do Kolejorza jak taran, a prasa w Skandynawii zachwalała zawodnika, nazywając go swego czasu "Szwedzkim Van Dijkiem". Faktycznie mieli prawo, by tak twierdzić. Alex Douglas prezentował wszystko to, czego oczekiwano od modelu pożądanego obrońcy mistrza kraju - wysoką pracę w odbiorze podczas pressingu, agresywną grę na ścianę, skłonność do ryzyka i aktywne wystawianie się do podań. Imponujące warunki fizyczne w postaci 190 centymetrów i odpowiedniej dynamiki robiły świetne wrażenie, bowiem piłkarz momentami wręcz przestawiał rywali w PKO BP Ekstraklasie.
Całe to dobre wrażenie, jakie udało się wywrzeć na kibicach Kolejorza zniknęło jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki w zasadzie wraz z rozegraniem pamiętnego starcia z Lechią Gdańsk w lutym 2025 roku. Szwed w trakcie pierwszych 14 minut meczu otrzymał dwie żółte kartki i musiał udać się szybciej pod prysznic. Lech Poznań tamto starcie przegrał, a forma Douglasa niespodziewaniee zaczęła pikować w dół. Choć potem jeszcze rozegrał osiem z 15 spotkań rundy wiosennej było to w istocie preludium pod dalsze problemy zawodnika.
Sezon 2025/26 był w jego wykonaniu kompletnie anonimowy. Szwed przestał korzystać ze swoich szans i zachwycać kibiców. Nie popełniał on co prawda dramatycznych błędów, ale równocześnie nie dawał niczego ekstra. Swój sezon zakończył w zasadzie już w listopadzie, kiedy to po starciu z Motorem Lubin pojawił się na boisku zaledwie raz w lutym. Niels Frederiksen dał mu 20 minut w rozstrzygniętej rywalizacji z KuPS Kupion. Piłkarz potrafił seryjnie notować mecze poza kadrą lub siedząc na ławce rezerwowych. Jego szanse na występy w Kolejorzu zamknęło niefortunne złamanie żeber na początku marca podczas jednego z treningów.
Siedem meczów w Ekstraklasie, dwa występy w Lidze Konferencji Europy i jeden w Pucharze Polski. To wszystko na co było stać przyszłego konkurenta w walce o skład dla Wojciecha Mońki czy Terry'ego Yegbe nie licząc kwalifikacji w europejskich pucharach czy Superpucharu Polski. Ledwie 700 minut na liczniku w teorii nie potwierdza tego, że Douglas akurat teraz będzie stanowić realne wsparcie dla drużyny, która będzie szła po Ligę Mistrzów i trzeci tytuł z rzędu.
Jakby tego było mało gracz oficjalnie opuścił jeden tydzień okresu przygotowawczego we Wronkach, co tylko utrudnia mu start w rozgrywkach. Kibice Kolejorza mogą czuć obawy, co do dyspozycji zawodnika, bowiem obecnie niewiele broni aktualnie tezy o jego przydatności dla drużyny. Jego kontrakt wygasa już za rok, a zatem przed piłkarzem rysują się sądne miesiące. Nawet, jeśli obrońca ma wrócić do dyspozycji za kilka dni jak twierdzi Maksymilian Dyśko z TVP Sport, to i tak nie robi to dobrego wrażenia przed sezonem. Nie wiadomo czy wystąpi w jakimkolwiek sparingu.
Wychowanek Lecha musi pokazać mentalność godną trzykrotnego mistrza Polski
Sceptycyzm udziela się też kibicom Lecha Poznań w kontekście dyspozycji Mateusza Skrzypczaka. W przypadku tego zawodnika zdrowie nie jest dużym problemem, ale najlepszy obrońca sezonu 2023/24 i niedawny filar Jagiellonii Białystok przejawia inne, podobne problemy, co Alex Douglas. Jego pewność siebie w grze piłką i podejmowaniu boiskowych decyzji wciąż wizualnie dystansuje go od Mońki czy Terry'ego Yegbe. Nie ma co ukrywać, że kibice oczekiwali o wiele więcej od swojego wychowanka po rewelacyjnym sezonie w "Jadze". Tymczasem proces ponownej aklimatyzacji Mateusza Skrzypczaka w jego domu nie wydaje się przebiegać zgodnie z planem.
Ostatni sparing mniej lub bardziej pokazał, że piłkarz ten wciąż nie wyzbył się wad, które towarzyszyły mu w poprzednim sezonie. W szczególności dało się to odczuć w kontekście rozegrania. Popularny "Skrzypa" nie decyduje się na przejęcie inicjatywy w rozegraniu tak jak choćby Mońka i nie ma w sobie na dłuższą metę tej samej odwagi, by poprowadzić futbolówkę nieco dłużej do środka pola. Zamiast tego szybko ją oddaje i unika momentów, w których musi prowadzić grę. Piłkarz ten po poprzednim sezonie póki co nie wygląda na pewniaka do pierwszego składu, a przecież ma parę rzeczy do udowodnienia powątpiewającym w jego jakość kibicom Kolejorza.
Ich obawy oprócz rozegrania może budzić także sposób krycia zawodnika, który nie raz i nie dwa potrafił napsuć krwi Kolejorzowi w poprzednim sezonie. Szczególnie mowa tu o stałych fragmentach gry. Tracenie kontroli nad pozycją rywala, krycie na radar i brak odpowiedniego refleksu w newralgicznych sytuacjach, to coś co może podnosić ciśnienie kibicom. 25-latek miał rok na właściwą adaptację do warunków w Lechu Poznań i teraz czekać go będzie ważny okres, w którym próżno będzie szukać wymówek. Skrzypczak to jeden z najlepiej zaprawionych w ekstraklasowych bojach obrońców, a pod nieobecność Antonio Milicia musi wziąć większą odpowiedzialność za drużynę jako człowiek, który doskonale zna klub i dysponuje niebagatelnym doświadczeniem w europejskich pucharach.
Stoper może tylko rosnąć formą, ale żeby do tego doszło zdaje się z perspektywy trybun, że musi nabrać przede wszystkim większej pewności siebie, co do swoich decyzji i możliwości. Kibicom brakuje dominującego Skrzypczaka, który dzięki swojej boiskowej inteligencji w Jagiellonii potrafił na boisku łatać wszelkie dziury dzięki właściwemu ustawieniu. Ten sezon będzie miał dla tego gracza inne znaczenie niż ten miniony. Drużyna będzie potrzebowała w obronie dobrego ducha, lidera i człowieka, który realnie pomoże swoim zdecydowaniem oraz pewnością siebie. W minionym sezonie z perspektywy trybun zupełnie nie było tego widać szczególnie w trakcie prób wchodzenia w pojedynki, których Skrzypczak unikał jak ognia w przeciwieństwie do Mońki. Tymczasem to właśnie odwaga młodzieżowca Kolejorza w trakcie tych starć stała się jego wizytówką i obudziła miłość kibiców do tego gracza.
Niels Frederiksen już sezon temu potrafił obdarzać go jednak zaufaniem i patrzeć na niego inaczej niż tylko na rezerwowego, budując jego pewność siebie. Mateusz Skrzypczak rozegrał w sumie 21 meczów w PKO BP Ekstraklasie, a nawet odnotował gola oraz dwie asysty. Stanowił także pierwszy wybór na pozycji stopera w swoich sześciu z ośmiu spotkań w Lidze Konferencji Europy, których było w sumie dziesięć. Duńczyk decydował się też na jego usługi od pierwszych do ostatnich minut we wszystkich trzech meczach Pucharu Polski. Piłkarz ma zatem po swojej stronie ważne argumenty, które stawiają go w o wiele istotniejszej roli niż rezerwowy, a runda wiosenna pokazała, że zawodnik powoli wraca na właściwe tory.
Komentarze (0)