Lech Poznań zwyciężył w wyjazdowym spotkaniu z KGHM Zagłębiem Lubin 1:0 po golu Mikaela Ishaka. Kolejorz dzięki wygranej zrównał się punktami z liderem PKO BP Ekstraklasy. Zabrakło jednego gola, który pozwoliłby podopiecznym trenera Nielsa Frederiksena na samodzielne prowadzenie w tabeli.
Cel na mecz zrealizowany. Trzy punkty pojechały do Poznania
Niebiesko-biali zachowali w Lubinie siódme czyste konto w obecnym sezonie ligowym. Duża w tym zasługa Wojciecha Mońki i Antonio Milicia, którzy zagrali na bardzo wysokim poziomie. Wychowanek Lecha tego dnia popełnił kilka błędów przy wyprowadzaniu piłki, ale w kluczowych sytuacjach we własnym polu karnym zachował się znakomicie.
- Myślę, że spełniliśmy swój cel na to spotkanie i przełamaliśmy się po tej złej passie w ostatnich kilku meczach. Na pewno gdybyśmy strzelili jeszcze jedną lub dwie bramki, to byłoby zdecydowanie łatwiej. Musieliśmy utrzymać koncentrację do ostatniej minuty, ale udało się. Dobrze pracowaliśmy tego dnia w defensywie. Udany mecz dla nas, bardzo dobra atmosfera na trybunach, na boisku dużo walki - tak podsumował to niedzielne spotkanie Mońka.
Trudniejsza druga połowa spotkania. Lech musiał cofać się głęboko do defensywy
Pierwsza połowa tego meczu toczyła się wyraźnie pod dyktando Kolejorza. W drugiej zaś to podopieczni Leszka Ojrzyńskiego starali się zamykać mistrzów Polski na ich stronie boiska. Lechici wciąż byli zespołem, który częściej znajdował się z piłką przy nodze, choć w końcówce meczu był zmuszony cofnąć się dość głęboko i liczyć jedynie na wyjścia z kontratakiem. To z pewnością dość niecodzienna sytuacja, ale zawodnicy Nielsa Frederiksena pokazali, że są w stanie wytrzymać nawet, gdy muszą porzucić swój styl na rzecz utrzymania wyniku.
- Głównie wynikało to z podejścia Zagłębia, które przegrywało do przerwy 0:1 i musieli odrabiać straty. Musieli na pewno bardziej ruszyć, dlatego ta druga połowa wyglądała inaczej. Nie do końca tak, jak my byśmy sobie tego życzyli, ale daliśmy sobie radę nawet grając bardziej defensywnie - ocenił po meczu Mońka.
Do przerwy napastnik Zagłębia, Michalis Kosidis nie sprawiał zbyt wielu kłopotów obrońcom Kolejorza. Grek oddał zaledwie jeden strzał, który został zablokowany przez jednego z defensorów. Po zmianie stron Miedziowi postawili na bardziej rosłego Levente Szabo, który miał za zadanie utrudnić pracę zawodnikom Lecha Poznań. Pojedynków fizycznych nie brakowało, szczególnie też tych powietrznych. Ostatecznie Węgier zanotował jedynie dwanaście kontaktów z piłką i tylko raz udało mu się dojść do sytuacji strzeleckiej.
- Drugi napastnik na pewno był wyższy, ale stylem byli dość podobni do siebie. Tej różnicy nie było aż tak bardzo czuć, natomiast jeśli przeciwnik wpuszcza wyższego napastnika, to wiadomo już, że ma jakiś plan, by to wykorzystać. My musieliśmy ten plan po prostu zniwelować. Myślę, że świetnie sobie z tym poradziliśmy - dodał 19-letni stoper Lecha.
Maraton spotkań powoli dobiega końca
W ostatnim miesiącu Poznaniacy rozegrali aż dziewięć spotkań na wszystkich trzech frontach. Do końca wymagającej serii pozostały jedynie dwa mecze - rewanż w Krakowie z Szachtarem Donieck oraz pojedynek przy Bułgarskiej z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza. Najbliższe starcie zapowiada się szczególnie ciężko, bo Kolejorz jest zmuszony odrabiać straty z pierwszego spotkania w Poznaniu, przegranego 1:3.
- Indywidualnie powiem, że na pewno wystarczy sił, ale ciężko mi ocenić drużynowo, bo nie wiem jak czują się chłopacy. Każdy inaczej też odczuwa ten maraton meczów, ale jeżeli chodzi o mnie, to wytrzymam - zadeklarował Mońka.
Komentarze (0)