reklama
reklama

Adam Pacześny: Mam żonę i trójkę dzieci, więc priorytety się zmieniły. A że dostałem fajną propozycję z Grunwaldu, to nie zawiesiłem butów na kołku

Opublikowano: Aktualizacja: 
Autor: | Zdjęcie: KB Sport Foto/FB Piotrkowianin

Adam Pacześny: Mam żonę i trójkę dzieci, więc priorytety się zmieniły. A że dostałem fajną propozycję z Grunwaldu, to nie zawiesiłem butów na kołku - Zdjęcie główne

Adam Pacześny, obrotowy WKS Grunwaldu Poznań | foto KB Sport Foto/FB Piotrkowianin

reklama
Udostępnij na:
Facebook

Przeczytaj również:

Piłka ręczna Adam Pacześny od tego sezonu jest szczypiornistą i asystentem trenera WKS Grunwaldu Poznań. Obrotowy Wojskowych zanim trafił do Poznania przez 10 sezonów grał w Piotrkowianinie Piotrków Trybunalski, głównie w Superlidze. Wcześniej przez 4 sezonu w Kwidzyniu zdobył srebro i dwa brązowe krążki Mistrzostw Polski. Był reprezentantem Polski w kadrze juniorów młodszych, juniorów i młodzieżowej, a także Polski B. W rozmowie z Michałem Bondyrą opowiada o tym, jak znalazł się w Grunwaldzie, jak spełnia się w roli ojca, o rodzinnym domu w Wolsztynie i sportowym w Piotrkowie, o prawie jazdy w Poznaniu, 6 kg nadwagi w Bahrajnie, pracy-misji w domu dziecka i chińszczyźnie, na którą zaprasza.
reklama

Michał Bondyra: Odkąd jesteś w Grunwaldzie Poznań kroczycie od zwycięstwa do zwycięstwa. Czujesz się jak talizman?
Adam Pacześny, obrotowy i asystent trenera WKS Grunwaldu Poznań: Nie wierzę w żadne zabobony, dlatego się tak nie czuję. Przyszedłem do Grunwaldu, młodego perspektywicznego zespołu, jako starszy, bardziej doświadczony kolega, który może coś podpowiedzieć, dać wskazówki, troszkę pobudzić mentalnie. Na nasz wynik pracuje cały zespół, a ja nie ukrywam, że cieszę się, że kroczymy od zwycięstwa do zwycięstwa. 

W zeszłym roku w Grunwaldzie mówiło się głośno o awansie do Ligi Centralnej, ale finalnie się nie udało. W tym roku gracie świetnie, ale o awansie jest cicho.
Od początku chłopacy w szatni przestrzegali mnie przed huraoptymizmem i głośnymi zapowiedziami awansu do Ligi Centralnej. Chodzi o to, żeby robić swoje krok po kroku, a nie dawać szumne deklaracje. Tak robimy. W naszym wypadku dobre wyniki sportowe lubią ciszę. Skupiamy się na każdym kolejnym meczu, na każdym następnym przeciwniku. Jeśli takie podejście będziemy mieli do końca, to jestem spokojny, że na koniec w Poznaniu wspólnie będziemy cieszyć się z sukcesu piłki ręcznej. 

Skąd pomysł, żeby obrotowy z Superligi przeszedł do klubu z 3 poziomu rozgrywek?
Mając na karku 33 lata i żonę i trójkę dzieci w domu priorytety troszkę się zmieniają. Wspólnie z żoną podjęliśmy decyzję, że wracamy do rodzinnego Wolsztyna. Pojawiła się fajna propozycja od prezesa Grunwaldu, a że nie chciałem zawieszać butów na kołku, to się dogadaliśmy i jestem w Poznaniu.

Jesteś w Grunwaldzie w podwójnej roli – na boisku i na ławce jako asystent trenera Michała Tórza. Jak czujesz się w tej drugiej roli?
Pomysł, by „zrobić” drugiego trenera pojawił się już wcześniej. Teraz jest szansa, żeby w tej roli się sprawdzić. Moja współpraca z trenerem Michałem Tórzem układa się bardzo dobrze, bo to profesjonalista i fachowiec. Michał wie, co robi i za dużo tych moich podpowiedzi nie potrzebuje, ale zawsze jestem gotowy, żeby podzielić się swoim doświadczeniem.

Wciąż śledzisz wyniki Piotrkowianina?
Jestem na bieżąco. W tym sezonie dobrze im idzie. W tabeli jest duży ścisk i jedno zwycięstwo może spowodować, że chłopacy będą na 5-6 miejscu w Superlidze. W Piotrkowie Trybunalskim spędziłem 10 lat, co sprawia, że serduchem jestem cały czas z zespołem. Zresztą jestem w stałym kontakcie z chłopakami.

Piotrków to Twój drugi dom?
Trafiłem tam w poszukiwaniu regularnej gry. Udało mi się to, więc spędziłem tam 10 długich lat. W Piotrkowie urodziły mi się dzieci, mam z tego miejsca mnóstwo dobrych wspomnień i znajomych, z którymi wciąż utrzymuję kontakt. Można powiedzieć śmiało, że Piotrków to mój drugi dom.

Zanim trafiłeś do Piotrkowa, grałeś 4 sezonu w Kwidzynie. Z MMTS-em wywalczyłeś wicemistrzostwo Polski, dwa brązowe medale i jeszcze finał Challenge Cup. Na papierze Twój najlepszy czas! 
Dobrze powiedziałeś – na papierze. Przychodząc do Kwidzyna do zespołu superligowego byłem pełen nadziei na rozwój i na grę. Jako junior musiałem zapłacić frycowe. Miałem od samego początku bardzo dużą konkurencję i nie przebiłem się. Grałem mało, inni szli do przodu, a ja się cofałem. Stąd ten pomysł na Piotrków, którego absolutnie nie żałuję. 

A nie żałujesz trochę, że w kadrze Polski B zagrałeś tylko dwa mecze?
Mogło być ich więcej, ale jak wspomniałem mój rozwój zatrzymał czas w Kwidzynie. Patrząc na kadrę narodową, to cały czas trenowałem z Kamilem Syprzakiem (gwiazda PSG, wcześniej FC Barcelony – przyp. MB), ale i z innymi obecnymi reprezentantami. Tyle że oni mieli wtedy regularną grę i się rozwijali, a ja siedziałem na ławce rezerwowych i stałem w miejscu. Ale ja niczego nie żałuję, bo poznałem mnóstwo dobrych znajomych, z którymi mamy kontakt, a przede wszystkim mam trójkę wspaniałych dzieci i kochającą żonę. Czego chcieć więcej?

O rodzinie jeszcze pogadamy. A chciałem Cię jeszcze zapytać o kadry młodzieżowe. Podobno powołanie do jednej z nich jest związane z… Poznaniem.
W czasach juniorskich z chłopakami z Wolsztyna byliśmy w kadrach wojewódzkich Wielkopolski. Jako kadra województwa w hali przy ulicy Newtona, gdzie dziś gram z Grunwaldem, mieliśmy turniej nadziei olimpijskich. Pamiętam, że trener mówił nam, żebyśmy dobrze się zaprezentowali, bo przyjechał trener reprezentacji Polski juniorów i jest szansa na powołanie. I faktycznie, udało się do tej kadry dostać po tym turnieju. Od tego czasu nie opuściłem już żadnego zgrupowania reprezentacji Polski w juniorach młodszych, juniorach i młodzieżówce. 

Jak wspominasz mistrzostwa świata U 19 w Bahrajnie?
Chociaż zagrałem tam tylko jeden mecz z Marokiem, w którym rzuciłem jedną bramkę, to bardzo pozytywnie. To była młodzieżówka, a ja miałem tylko 17 lat i byłem o dwa lata młodszy od kolegów. Pamiętam, że z kolegą Mikołajem Krekorem, teraz bramkarzem Ostrovii tych minut nie mieliśmy wtedy za dużo. Za to nadrabialiśmy… na basenie i stołówce. Przez te 10 dni była taka „rozpusta”, że wróciłem do Polski 6 kg cięższy!

Poza turniejem na Newtona, masz jeszcze jakieś wspomnienia z Poznaniem?
Żona w Poznaniu studiowała, a ja… zdawałem egzamin na prawo jazdy.

Opowiedz o tym!
Szwagier był instruktorem i zabrał mnie do Poznania. Zdawałem wtedy na facie punto i udało się już zdać za pierwszym razem, więc wspomnienia mam naprawdę dobre. 

Mimo że grasz w Poznaniu, mieszkasz w rodzinnym Wolsztynie, z którym jesteś mocno związany. Od razu muszę przywołać ten transparent z twojego Facebooka: „W życiu spotkasz tylko jedno takie miejsce: Wolsztyn. Nie zapomnij skąd jesteś”.
Mieliśmy taki sezon, że z Piotrkowianinem spadliśmy do 1 ligi. Graliśmy wtedy z Wolsztyniakiem. Gdy przyjechałem z zespołem na mecz do Wolsztyna, do hali Świtezianka, to przyjaciele przywitali mnie takim transparentem. Bardzo utkwiło mi to zdarzenie w głowie. Gdy nie było jeszcze na świecie dzieci, regularnie z Moniką odwiedzaliśmy Wolsztyn. Wiedzieliśmy, że nadejdzie takie czas, że wrócimy tu na stałe i dziś tego nie żałujemy. 

Z Wolsztyna jeździsz do Poznania zarówno na treningi, jak i na mecze Grunwaldu.
Na treningi, mecze i jeszcze do pracy. Bo wcześniej człowiek całe życie grał w piłkę ręczną, robił to, co kochał i dostawał za to pieniądze. Teraz jak każdy Kowalski muszę wstać o 5-6 rano do pracy, wykonać swoje obowiązki zawodowe, a w międzyczasie dojechać jeszcze do Poznania na trening. No i na koniec złapać trochę czasu z dziećmi. 

No właśnie – pracujesz, do tego, jako pedagog w Domu Dziecka „Droga” w Wolsztynie. Skąd pomysł na pracę w takim miejscu?
Grając w piłkę ręczną chciałem zawsze mieć plan B. W Gdańsku ukończyłem licencjat z wychowania fizycznego, a później, jak trafiłem do Piotrkowa Trybunalskiego, to razem z moim przyjacielem Tomaszem Mrozem postanowiliśmy poszerzyć naszą edukację i poszliśmy na kierunek „resocjalizacja”. W Wolsztynie szukając pracy zacząłem klasycznie, jak każdy sportowiec, od pracy wuefisty w szkole. Niestety nie było etatów, a że dowiedziałem się, że nasz wolsztyński dom dziecka poszukuje pracowników, zgłosiłem się i po rozmowie z panią dyrektor, podjąłem pracę. Mam świetną kadrę koleżanek, a myślę, że dzieciaki też mnie polubiły. Złapałem z nimi dobry flow. Cieszę się, że pracuję w tym miejscu.

A na dokładkę pracujesz w Młodzieżowym Ośrodku Wychowawczym w Babimoście. 
Zadzwonił do mnie pan dyrektor tego ośrodka, mówiąc, że ma braki personalne i czy bym się nie podjął pracy. Gdy okazało się, że będę mógł pogodzić godziny pracy z tą w domu dziecka i z treningami w Grunwaldzie, przedyskutowaliśmy to z żoną. Po długich dyskusjach podjąłem się tego wyzwania. Na razie wszystko to godzę, ale ciężko jest się przyzwyczaić do wstawania o 5.00 rano i późnych powrotów do domu. Na szczęście w tym wszystkim jest piłka ręczna i mamy dobre wyniki, to człowieka wraca z uśmiechem na twarzy, a rano budzi się pozytywnie nastawiony.

Pracujesz w dwóch niezwykłych miejscach. Traktujesz tę pracę jak misję?
Misja to bardzo dobre słowo. Na początku trochę się stresowałem, czy dam radę. Bo przecież człowiek całe życie tylko biegał za piłką. Ale że nigdy nie miałem problemów z nawiązywaniem kontaktów, a dzieci bardzo lubię, zresztą na dowód sam mam trójkę własnych, to byłem pełen optymizmu. I faktycznie. Praca z dziećmi sprawia mi przyjemność. Choć są to dzieci z głębokimi problemami, a młodzież w Babimoście mocno zdemoralizowana, to faktycznie mam takie poczucie misji, że robię coś dobrego, co potrzebnego. Mam taką nadzieję, że kiedyś zbiorę owoce swojej pracy i po latach spotkam w mieście jakiegoś mojego wychowanka, który będzie ze swoją rodziną. Usiądziemy, napijemy się kawy i pogadamy. 

Gdy przeglądam zdjęcia z Facebooka Piotrkowianina, to co rusz są tam jakieś zbiórki, akcje charytatywne, szlachetna paczka. A na pierwszym planie Adam Pacześny. Lubisz pomagać.
Tym pomaganiem zaraził mnie Piotrków. Tam było bardzo wiele inicjatyw klubu i kibiców, którzy byli w nie mocno zaangażowani. Nigdy nie odmawiałem pomocy, bo ja pomagać lubię. Przecież to nie problem, żeby wyciągnąć koszulkę z szafy, podpisać i przekazać na licytację na szczytny cel. Trzeba być dobrym. A dziś w dobie internetu to bardzo proste. 
Wystarczy się oderwać od telewizora czy telefonu i działać dla tych, którzy mają jakieś problemy. Namawiam do tego pomagania innych. 
Ostatnio zaprosiłem moje dzieciaki z domu dziecka na mecz do Poznania naszego Grunwaldu z Wolsztyniakiem. Myślę, że z chłopakami z Poznania będziemy też wymyślać jakieś akcje, bo warto być dobrym.

Wiele razy w naszej rozmowie przewija się temat rodziny. Jest ona dla Ciebie bardzo ważna.
Rodzina jest wszystkim co mam, a wszystko kręci się wokół niej. Niepracujący sportowiec ma dużo czasu. Ja, gdy tylko grałem, ten czas spędzałem zawsze z rodziną. Rano były zakupy, potem jakieś spacery po parku. Obawiałem się, że przyjeżdżając do Wolsztyna, gdzie do sportu doszła praca zawodowa, tego czasu dla bliskich będzie mniej. Jest faktycznie mniej, ale staram się każdą chwilę poświęcić żonie i dzieciom. Uczucie, gdy idziesz do pracy rano, albo wracasz z niej wieczorem, a dzieci rzucają się na ciebie, żeby cię wyściskać, jest bezcenne. Nigdy też nie miałem problemu z okazywaniem emocji, więc „kocham, kocham” to nasz stały wzruszający rytuał.

Spełniasz się w najważniejszej roli – roli ojca.
Bardzo dobrze się odnajduję w tej najważniejszej roli, jak powiedziałeś. Ale powiem tobie, że jak urodziła się Zosia, to myśleliśmy z żoną, że jest ciężko. Zweryfikowaliśmy to, jak na świat przyszedł Julek i Ala. Żadnego trudu nie zastąpi radość z tego, jak rosną, jacy są kochani, jacy uśmiechnięci. Jestem bardzo dumny z bycia ojcem. Jestem jedynakiem, więc wymarzyłem sobie dużą rodzinę, z którą usiądę przy wigilijnym stole. I to się spełnia. Byleby tylko nam zdrowie dopisywało i niczego więcej nie trzeba. 

Jesteś surowym czy pobłażliwym tatą? 
Surowym na pewno nie jestem, chociaż granice trzeba stawiać, by nie dać sobie wejść na głowę. Chciałbym, żeby jak nasze dzieci będą większe, były samodzielne. Nie chcę narzucać im tego, co mają w życiu robić. Będę przy nich stał z boku, wspierał, radził, pomagał, ale decyzje muszą podejmować same. Tak postępowała ze mną moja mama. Mimo że jestem jedynakiem, pozwoliła wyjechać samemu daleko z Wolsztyna do liceum w Gdańsku. Pamiętam, jak powiedziała żebym się sprawdził jak, to jest i żebym za kilka lat nie powiedział, że czegoś żałuję, bo ona mi zabroniła. W tym samym kierunku wychowujemy z żoną nasze dzieci.

Gotujesz już swoim dzieciakom?
Oj tak. Przez trzy lata w Gdańsku mieszkałem w internacie. Musiałem nauczyć się codziennego życia, m.in. prać i gotować. Potem w Piotrkowie miałem znajomych i przyjaciół, którzy mieli smykałkę do gotowania. Mieliśmy nawet swój program „Ugotowani”, w którym przyrządzaliśmy jakieś danie i zapraszaliśmy się nawzajem, oceniając smak. Było dużo śmiechu. Lubię gotować, szczególnie dla innych, bo największą frajdę sprawia mi, jak ludziom smakuje to, co przyrządzam. 

To na co najlepiej wpaść do Adama Pacześnego?
Latem zapraszam na smakołyki z grilla. Teraz eksperymentuję z różną kuchnią. Ostatnio z chińską. Goście mówili, że to co gotuję jest bardzo dobre, więc to chyba dobra rekomendacja (śmiech).

Fot. Facebook Adama Pacześnego, Facebook Piotrkowianina, Facebook Grunwaldu

 

reklama
reklama
Udostępnij na:
Facebook
wróć na stronę główną

ZALOGUJ SIĘ - Twoje komentarze będą wyróżnione oraz uzyskasz dostęp do materiałów PREMIUM.

e-mail
hasło

Nie masz konta? ZAREJESTRUJ SIĘ Zapomniałeś hasła? ODZYSKAJ JE

reklama
Komentarze (0)

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.

Wczytywanie komentarzy
reklama
reklama